Echo

Sierpień 28th, 2010

Ojciec i syn udali się na wycieczkę w góry.

Nagle syn potknął się i boleśnie upadł. Krzyknął:
– Auuu!

Ku swemu zdziwieniu usłyszał głos, który powtórzył jego krzyk:
— Auuu!

Zdziwiony chłopak zapytał:
— Kim jesteś?

Odpowiedź brzmiała:
— Kim jesteś?

Podirytowany młodzieniec krzyknął:
— Pokaż się!

Głos odpowiedział:
— Pokaż się!

Zdenerwowany chłopak krzyknął:
— Tchórz!

Głos odpowiedział:
— Tchórz!

Młodzieniec spojrzał na rozbawionego ojca i zapytał:
— O co chodzi?

Ojciec uśmiechnął się i powiedział:
— Synu, słuchaj uważnie.

Krzyknął:
— Jesteś mistrzem!

Głos odpowiedział:
— Jesteś mistrzem!

Ale chłopak dalej nie rozumiał, co się dzieje.

Potem ojciec zaczął tłumaczyć:
— Ludzie nazywają to echem, ale tak naprawdę to życie. Oddaje ci z powrotem to, co mu dałeś.

Nasze życie jest odbiciem naszych działań.

Jeśli chcesz być bardziej kochanym, powinieneś dać od siebie miłość.

Jeśli chcesz, aby inni ludzie wokół Ciebie byli bardziej kompetentni, zwiększ najpierw swoje kompetencje. Ta zależność odnosi się do wszystkiego, znajdziesz ją w każdym aspekcie życia.

Życie zawsze odda Ci to, co Ty mu dałeś.

źródło: „Mądre szczęśliwe życie”

Bajka o dzielnym Bałwanku

Sierpień 27th, 2010

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za jednym oceanem, niedaleko bieguna północnego znajdowała się kraina zwana Bałwanlandią. Mieszkały w niej bałwanki, a rządził nimi dobry i mądry władca, król Bałwaniusz Pierwszy. Tak naprawdę to był on już dwudziestym siódmym władcą Bałwanlandii, jednak, przyjęło się, iż każdy kolejny władca, przybierał tytuł Bałwaniusza Pierwszego. Bałwanisz Pierwszy rządził swym państwem rozsądnie i zyskał poparcie wśród swoich poddanych.

Pewnego dnia, do Bałwaniusza przybiegł jeden z jego doradców i zdyszany wykrzyknął:

– Panie, mamy poważny problem! Od kilku tygodni słońce świeci coraz silniej. Jeśli potrwa to dłużej to już wkrótce nad Bałwanlandię nadciągnie lato, śniegi stopnieją, lody skruszeją, nasza kraina porośnie soczystą zieloną trawą, a nasz lud zginie!

– To straszne, powiedział Bałwaniusz. Zaraz zwołam radę naukową, niech nasi mędrcy zbadają tę sprawę i spróbują znaleźć jakieś rozsądne rozwiązanie. Dziękuję Ci za tę informację.

– To mój obowiązek, Panie – powiedział Doradca, skłonił się władcy i oddalił.

Król, tak jak powiedział, tak też zrobił. Zwołał radę naukową, której przedstawił problem, aby go rozpatrzyła. Naukowcy debatowali i badali zagadnienie pogodowe, przez calutkie dwie doby, gdyż sprawa była bardzo pilna. W końcu, przewodniczący rady udał się na spotkanie z Królem.

– Panie, – rzekł, kłaniając się władcy. – Zbadaliśmy sprawę, którą przekazałeś nam do rozpatrzenia i moje wieści nie są dobre. Wszyscy nasi najlepsi specjaliści podeszli rzetelnie do tego zagadnienia i wszyscy jednogłośnie potwierdzili, iż niebezpieczeństwo jest bardzo duże. Już wkrótce nad Bałwanlandię nadciągnie lato, śniegi stopnieją, lody skruszeją, nasza kraina porośnie soczystą zieloną trawą, a nasz lud zginie! Istnieje jednak bardzo malutka szansa aby uniknąć katastrofy. Jeśli znajdzie się śmiałek, który pokona Słońce, lub zmusi je do odwrotu, nasza kraina przetrwa.

Dowiedziawszy się o tym Król zwołał radę wojenną. Przedstawił problem swoim generałom, a ci wydali stosowne rozkazy.

Kilka godzin później do walki ze Słońcem ruszyli najdzielniejsi wojownicy bałwaniego ludu. Jednak im dalej oddalali się oni od stolicy i pięknego królewskiego lodowego zamku, tym większy odczuwali upał. Upał był tak duży, że już wkrótce każdy z wojowników zaczynał się topić. W ten sposób, z wyprawy powróciło kilku zaledwie wojowników i żaden z nich nie pokonał Słońca.

Król, dowiedziawszy się o tym, bardzo posmutniał. Martwił się o swoje królestwo i o swoich poddanych. Zwołał więc wielkie zgromadzenie, na które przyszli wszyscy mieszkańcy królestwa. Król wyszedł na podwyższenie i przemówił do zebranych na rynku bałwanów:

– Moi drodzy poddani, mam dla was bardzo smutną wiadomość. Od kilku tygodni słońce świeci coraz silniej. Jeśli potrwa to dłużej to już wkrótce nad Bałwanlandię nadciągnie lato, śniegi stopnieją, lody skruszeją, nasza kraina porośnie soczystą zieloną trawą, a nasz lud zginie! Próbowaliśmy powstrzymać Słońce, jednak żaden z naszych dzielnych wojowników nie zdołał go pokonać. Być może wśród Was znajdzie się śmiałek, który zdoła ocalić naszą piękną, mroźną krainę.

Wśród zgromadzonego tłumu powstało wielkie poruszenie. Bałwany rozmawiały, szeptały, kiwały głowami, zachęcały jeden drugiego, jednak, każdy a nich bał się podjąć się trudnego zadania. W końcu przed oblicze Króla wystąpił Mały Bałwanek o imieniu Bart.

– Ja to zrobię, Panie. – powiedział, odważnym głosem.- Pokonam słońce i uratuję nasz lud.

– Ty? – Zapytał z niedowierzaniem Bałwanisz Pierwszy. – Jesteś taki młody, nawet jeszcze nie dorosłeś. Czy na pewno chcesz podjąć się tak niebezpiecznego zajęcia?

– Tak, Panie. Chcę.

– A więc w tobie ostatnia nadzieja, mój chłopcze. –Powiedział Król, a na jego twarzy widać było wyraźnie troskę.

Młody Bart, wrócił do swojego igloo, spakował niezbędny na wyprawę ekwipunek, oraz potrzebny prowiant, następnie pożegnał się ze swoimi przyjaciółmi i rodziną. Mama Bałwanka, lamentowała i płakała; próbując odwieść go od wyprawy, jednak jego tata, powiedział mu, że „chociaż bardzo się o niego martwi, to jednak jest z niego dumny i że będzie trzymał za niego kciuki, aby mu się udało”. Te słowa wiele dla Bałwanka znaczyły. Od razu zrobiło mu się raźniej i już wkrótce był gotowy do drogi.

Jeszcze tego samego dnia Bart wyruszył na wyprawę przeciwko Słońcu. Przez całą drogę obmyślał sposoby na to, aby powstrzymać Słońce przed świeceniem, tak aby śniegi nie stopniały a lody nie skruszały. Jednak im więcej o tym myślał tym bardziej beznadziejna wydawała mu się ta wyprawa. Bo jaką bronią można pokonać słońce? Znane mu rodzaje broni, takie jak choćby wyrzutnia śnieżnych kulek i lodowych sopli, nie zdają się na nic, ponieważ kulki i sople rozpuszczą się zanim dotrą do palącego Słońca. Nie zdają się na nic również dzidy czy miecze, gdyż ciężko będzie nimi dosięgnąć Słońca lub do niego dorzucić.

Idąc i rozmyślając, przez całe popołudnie, Bałwanek poczuł się bardzo zmęczony. Zatrzymał się, więc na odpoczynek, zjadł kolację i strudzony zasnął. Kiedy się obudził, na swym ramieniu poczuł palący dotyk. Otworzył zaspane oczy i ujrzał, stojące przed nim Słońce trzymające rękę na jego ramieniu.

– Czego szukasz młody Bałwanku? – Zapytało Słońce miłym i przyjaznym głosem.

Bałwanek przestraszył się bardzo, gdyż ciepło bijące od stojącej obok niego postaci, powodowało, iż zaczął się powoli roztapiać. Mimo to postanowił, że nie ucieknie jak jakiś tchórz, tylko mężnie stawi czoło niebezpieczeństwu.

– Tak naprawdę to szukam właśnie Ciebie. Miałem zamiar z Tobą walczyć, jednak podczas drogi uświadomiłem sobie, że walka nie jest odpowiednim rozwiązaniem.

– Dlaczego chciałeś ze mną walczyć? – zapytało zdziwione Słońce.

– Świecisz tak mocno, że już wkrótce nad naszą piękną mroźną krainę zwaną Bałwanlandią, nadciągnie Lato, a wtedy śniegi stopnieją, lody skruszeją, ziemia porośnie trawą, a nasz wspaniały Bałwani lud przestanie istnieć, ponieważ wszyscy się rozpuścimy.

– Już teraz rozumiem, dlaczego inne bałwanki tak mi groziły i wymachiwały swoimi dzidami i mieczami. Rozumiem, dlaczego uciekały z przerażeniem, kiedy się do nich uśmiechałem. Rozumiem, jak ważna jest to sprawa dla Twojego ludu. Rozumiem i przepraszam. Nie wiedziałem, że moje promienie mogą być dla kogoś tak niebezpieczne. – Słońce było wyraźnie poruszone tym, co usłyszało od Barta. – Widzę, że i na ciebie źle działa bijące ode mnie ciepło. – Powiedziało zerkając na kałużę powstałą u stóp Młodego Bałwanka. – Aby nie narażać Cię dłużej na cierpienie, obiecuję, że nie będę świecić tak mocno nad Twoją krainą. Bądź zdrów.

Po tych słowach Słońce zasłoniło się chmurami i odleciało.

Bart czuł, że wiele wody wyciekło z jego rozpuszczającego się ciała. Czuł, że jest poważnie chory. Czuł, że marchewka, będąca jego nosem wyraźnie się przechyliła, a węgielki oczu stały się bardziej wystające. Czuł się jednak szczęśliwy, ponieważ obietnica, jaką dało mu Słońce oznaczała, że lato nie nadejdzie nad Bałwanlandię, że śniegi nie stopnieją, że lody nie skruszeją, że trawa nie porośnie ziemi. Jednym słowem był szczęśliwy, gdyż uratował Bałwanlandię i jej mieszkańców.

Zmęczony i strudzony, powrócił w końcu do stolicy i został zaprowadzony na spotkanie z Królem:

– Panie nasze królestwo jest uratowane. Słońce dało mi swoje słowo, że nie będzie tak mocno świeciło, a to oznacza, że śniegi nie stopnieją, a lody nie skruszeją, i że nasza kraina oraz jej mieszkańcy są bezpieczni.

Król tak ucieszył się tą wieścią, że uczynił z Barta swego doradcę i od tej pory traktował jak swojego syna. Ponadto na cześć młodego Bałwanka, król ogłosił trzy dni świąt, podczas których wszyscy mieszkańcy tańczyli, śpiewali i wiwatowali na cześć Barta oraz na cześć Króla. Wszyscy świetnie się bawili włącznie z zaproszonymi z całego świata gośćmi.

I ja tam byłem, miód i wino piłem.

Czy wiesz, co nadaje życiu kierunek?

Sierpień 25th, 2010

Autorem artykułu jest Brian Tracy International
Dowiedz się, dlaczego umiejętność stawiania celów i formułowania planów ich realizacji jest podstawą sukcesu w każdej dziedzinie Twojego życia. Przejmij kontrolę nad swoim życiem już teraz!

„Sukces to cele, a cała reszta to komentarze.”

Aby osiągnąć szczyt swoich możliwości, musisz odnaleźć poczucie kierunku. Musisz dokładnie wiedzieć, czego chcesz w każdym obszarze swojego życia. Osoba, która ma wyznaczone cele, posuwa się na przód nawet po najbardziej wyboistej ścieżce.

Ktoś, kto nie ma sprecyzowanych celów idzie to w przód to w tył, nawet gdy droga jest prosta i wyrównana, kręci się w kółko. Osoba bez celu jest jak statek bez steru, kołyszący się to tu to tam po morzu i stojący w miejscu nawet przy sprzyjającym wietrze.

Jak wynika z wielu badań, umiejętność wyznaczania celów i formułowania planów ich realizacji jest podstawą sukcesu. Dzięki tej jednej umiejętności będziesz mógł osiągnąć znacznie więcej niż prawie każda napotkana osoba. Ktoś, kto ma jasno sformułowane cele i codziennie pracuje nad ich realizacją, będzie skuteczniejszy od geniusza, który nie wie czego chce.

Ludzie posiadający jasne, sprecyzowane, spisane cele – osiągają więcej w kilka miesięcy lub lat, niż większość innych osiąga przez całe życie. Na szczęście wyznaczanie celów to umiejętność, którą można łatwo opanować przez naukę i praktykę. Kiedy ją posiądziesz, przyszłość nie będzie miała żadnych ograniczeń.

Ludzie osiągający sukcesy korzystają przy realizowaniu celów z wielu systematycznych procesów i planów. Ci, którzy sukcesów nie osiągają, rzucają się na swoje cele w sposób żywiołowy i zawsze dziwią się, że osiągnęli tak mało.

Już dzisiaj zdecyduj, że zgłębisz tematykę wyznaczania i realizacji celów. Wyznacz swoje cele i codziennie rób jakieś działanie, w kierunku jego osiągnięcia. O tym, jak skuteczniej wyznaczać swoje cele – dowiesz się w kolejnych artykułach.

Pozdrawiam,

Marcin Kijak

Brian Tracy International | Polska

Brian Tracy International - pobierz darmowe materiały od światowej sławy eksperta w dziedzinie rozwoju osobistego, biznesu i sprzedaży!

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Motyl

Sierpień 21st, 2010

Pewien mężczyzna znalazł kokon z motylem i zabrał go do domu, aby obserwować, jak wyglądają narodziny motyla. Obserwował go przez kilka dni i w końcu zauważył, że motyl zaczyna wychodzić z kokonu.

Najpierw motyl zrobił sobie małą dziurkę, a potem zaczął się z niej wygrzebywać. Trwało to kilka dobrych dni i wyglądało na to, że motyl zamiast się wygrzebać z kokonu — utknął w nim na dobre.

Mężczyzna postanowił, że mu pomoże, i oderwał kawałek kokonu, żeby poszerzyć i ułatwić wyjście motylowi. Motyl z łatwością się wydostał, ale był mały i wciąż miał skręcone skrzydełka.

Mężczyzna dalej obserwował motyla, myśląc, że w końcu rozprostuje skrzydła i urośnie odrobinę — tak, że będzie w stanie latać.

Niestety, tak się nie stało. Motyl resztę swojego krótkiego życia spędził, turlając się po ziemi z niedorozwiniętym ciałem i skręconymi skrzydłami. Nigdy nawet nie wzbił się w powietrze.

Mężczyzna w swojej dobroci i pospiesznym działaniu nie rozumiał tego, że trud wygrzebywania się z kokonu daje motylowi czas na rozwój i to, aby stał się w pełni rozwiniętym, dojrzałym motylem.

Czasami przeciwności i problemy są dokładnie tym, czego potrzebujemy w życiu. Jeśli Bóg pozwoliłby nam przejść przez nie bez żadnych zmagań i przeciwności, to uczyniłoby nas kalekimi.

źródło: „Mądre szczęśliwe życie”

Kapitan Pióreczko i piraci

Sierpień 20th, 2010

Był ciepły letni poranek. Słońce świeciło silnie i jasno, rozgrzewając wszystko dookoła. Rośliny wyciągały swe liście do życiodajnego światła jego promieni, a zwierzęta wylegiwały się to tu to tam wystawiając się na jego cudowne ciepło.

Nie wszyscy jednak z tej przyjemności korzystali. Trójka przyjaciół – Wróbelek Pióreczko, Króliczek Kicuś i Wiewióreczka Puszysia, byli już zmęczeni przedłużającymi się upałami i zamiast szukać zabawy na świeżym powietrzu, udali się do małej chatki, znajdującej się w centralnej części lasu. Chatka była niepozorna. Z daleka wyglądała jak porośnięty mchami i okolony krzakami paproci, pieniek. Jednak dla kogoś, kto miejsce to znał tak dobrze jak nasza trójka znajomych, od razu dały się zauważyć niewielkie okienka, oraz maleńkie drzwiczki, do których właśnie podeszli i w które właśnie zaczęli pukać.

Wewnątrz chatki dało się słyszeć jakieś hałasy, jakiś rumor, po czym drzwi otworzyły się, a w nich ukazała się maleńka postać, przypominająca człowieka, z długą siwą brodą. Postać ubrana była w szpiczasty kapelusz w kolorze fioletu, w fioletowy kaftan zdobiony srebrnymi guzikami i rajtuzy w tym samym kolorze co reszta odzienia.

- Witaj Barnabo – zakrzyknęli chórem przyjaciele.

- Witajcie moi drodzy. – Odpowiedział Krasnal Barnaba, uśmiechając się do nich. – Co was do mnie sprowadza? Czyżbyście mieli dość upałów?

- Jakbyś czytał w naszych myślach. – odpowiedziała Puszysia.

- Jest tak gorąco, że nie mamy już siły bawić się w berka, ani w chowanego, ani nawet w jakieś gry. – dodał szybko Kicuś.

- Może więc wejdziecie i posłuchacie jednej z moich opowieści? – zapytał Barnaba, gestem zapraszając przyjaciół do środka.

- Mieliśmy nadzieję, że właśnie to powiesz – ucieszył się Pióreczko wchodząc do chatki Krasnoludka.

Kiedy już zajęli miejsca wokół solidnego, dębowego stołu, Barnaba podał im szklanki z zimnym, orzeźwiającym napojem. Następnie zasiadł w swoim bujanym fotelu i rozpoczął swoją opowieść.

Była to opowieść o morskich podróżach Barnaby, o wielkich morskich potworach, o rekinach, o wielorybach, o przepięknych wyspach tropikalnych, porośniętych palmami kokosowymi i bananowcami, o egzotycznych zwierzętach, jak choćby zwinne małpy i kolorowe papugi. Opowiadał im również o burzach i potwornych sztormach, które miotały okrętem Barnaby na wszystkie strony, łamiąc maszty i siejąc zniszczenie. Opowiadał im o morskich bitwach toczonych przez wielkie flotylle żaglowców. Jednak zwierzątkom najbardziej spodobała się część opowieści, w której była mowa o poszukiwaniu skarbów i o strzegących go piratach.

Opowieść ta tak bardzo przypadła przyjaciołom do gustu, że jeszcze następnego dnia, kiedy spotkali się pod Wielkim Dębem, z przejęciem o niej rozprawiali. Wspominali wielkie skarby, oraz strasznych piratów, siejących popłoch wśród załóg okrętów, pływających po morzach i oceanach.

Kiedy tak rozpamiętywali, opowieść Barnaby, nagle Wróbelek Pióreczko wpadł na bardzo ciekawy pomysł.

- Co byście powiedzieli, gdybyśmy zbudowali sobie statek i bawili się w prawdziwych piratów.

- Świetny pomysł – krzyknął Kicuś, a Puszysia mu przytaknęła.

Chwilę później trójka przyjaciół była już w drodze do pobliskiego jeziora. Jezioro nie było duże, jednak dla trójki niewielkich, młodych zwierzątek wydawało się ogromnym, niczym bezkresny ocean.

Kiedy dotarli na brzeg jeziora, od razu zabrali się do pracy. Zebrali gałęzie, patyki i konary znalezione w części lasu przylegającym do jeziora. Następnie powiązali patyki pnączami chmielu, oraz porastającymi brzeg trawami. Na środku utworzonej w ten sposób tratwy przytwierdzili maszt, do którego doczepili pozostawiony przez ludzi kawałek materiału. Łudź była gotowa, a radość trójki przyjaciół ogromna.

Kicuś zaproponował, aby Pióreczko, został Kapitanem, ponieważ to on wpadł na pomysł, aby zbudować okręt. Puszysia poparła ten projekt, a sam Pióreczko przyjął zaszczyt z wielką radością. Zaraz mianował Kicusia Sternikiem, a Puszysię Bosmanem.

- Załoga na pokład! – krzyknął donośnym głosem Kapitan Pióreczko, po czym dumnie wszedł na tratwę. Cała trójka chwyciła długie patyki zaczęła mocno odpychać się od brzegu, w końcu „statek” został zwodowany i wypłynął na „pełne morze”.

Bawili się wyśmienicie przez jakiś czas, gdy nagle dało się słyszeć raport Sternika:

- Okręt na prawej burcie, dwie mile przed nami Panie Kapitanie. Płynie w naszą stronę.

Kapitan Pióreczko chwycił swoją lunetę, wysunął ją i przyłożył do oka. Chwilę regulował ostrość, aż w końcu na jego twarzy pojawił się niewyraźny grymas, oznaczający zdenerwowanie.

- To piraci!. Widzę czarną flagę i widniejącą na niej trupią czachę. To okręt Krótkiego Johna Złamanego Palca, najokrutniejszego pirata, pływającego po morzach i oceanach. Panie Kicuś, w tył zwrot i cała na przód!.

- Tak jest, Kapitanie!

- Bosmanie przygotować załogę do walki! Wszystkie działa w gotowości!

- Tak jest – wykrzyknęła Puszysia.

Statek wkrótce zawrócił i rozpoczęli ucieczkę.

- Kapitanie, ich okręt ma od nas znacznie większą prędkość i wkrótce nas dogoni! Nie uda nam się uciec! – zameldował po pewnym czasie Sternik Kicuś.

- W takim razie, będziemy się bronili do ostatniego marynarza. Bosmanie, proszę wydać rozkazy załodze!

- Tak jest, Kapitanie!

Kiedy okręty zrównały się ze sobą i ustawiły do siebie rufami, kapitan wydał rozkaz, który od dawna chciał wydać:

-Ognia! – wykrzyknął i wszystkie armaty wystrzeliły z olbrzymim hukiem. Cały okręt został spowity dymem i zapachem armatniego prochu. Chwilę później w pokład okrętu uderzyły kule armatnie wystrzelone przez wyćwiczonych w boju piratów. Okręt został solidnie trafiony i zaczął tonąć.

- Opuścić pokład! – wykrzyknął Kapitan, a sam pozostał na pokładzie, aby prawdą stało się powiedzenie, że Kapitan idzie na dno wraz ze swoim okrętem.

Bitwa skończyła się bardzo szybko. Piracki okręt odpłynął, a na wodzie pozostały jedynie szczątki zbudowanej przez zwierzątka tratwy, oraz trójka przyjaciół wrzeszcząca w niebogłosy. Ich krzyki były tak głośne, że na brzegu pojawiło się kilka dorosłych zwierząt, gotowych przyjść im z pomocą.

- Co się stało – zapytała sarna Klara, – czy komuś potrzebna jest pomoc?

- Ależ skąd – powiedział Pióreczko, – tylko się bawiliśmy. Wyobraziliśmy sobie, że atakują nas piraci!

- Ale dlaczego wasza tratwa pływa w kawałkach, wy wylądowaliście w wodzie i dla czego tak głośno krzyczeliście?

- To długa historia – powiedziała Puszysia. – Nasza łudź powiązana była pnączami chmielu i źdźbłami traw, i w końcu wszystko to rozmiękło i zaczęło się rozpadać i stąd właśnie taki stan naszej tratwy.

- A kiedy tratwa się rozpadła wszyscy wpadliśmy do wody – dodał Kicuś.

- A krzyczeliśmy z radości, jaką sprawiła nam wspólna zabawa i wspólna kąpiel. – Zakończył opowieść Pióreczko.

- Macie bardzo bujną wyobraźnię, dzieciaki, – powiedziała Klara – i całkiem ciekawe pomysły na wspólną zabawę. Następnym razem postarajcie się nie hałasować aż tak bardzo – dodała.

- Obiecujemy! – wykrzyknęła chórem cała trójka, wychodząc z wody. Każdy z nich był przemoczony do suchej nitki, każdy z nich był zmęczony i każdy z nich był uśmiechnięty i szczęśliwy.

„Nie ma jak wspólna zabawa z przyjaciółmi” – pomyślał pióreczko, a na głos dodał – Musimy powtórzyć to jutro.

- Jasne! – Wykrzyknęli zgodnie Puszysia i Kicuś.

- To do zobaczenia jutro!

- Do jutra!

- Cześć! Do jutra! Spotkamy się jak zwykle pod Wielkim Dębem.

I trójka przyjaciół powędrowała, każdy do swojego domu, aby się wysuszyć, położyć spać i wypocząć przed kolejnym pełnym przygód dniem. Być może któremuś z nich przyśni się wielki piracki skarb, czekający na odnalezienie, przez dzielnych poszukiwaczy.

Dobranoc.

Spolszczenie: Bartłomiej Adamowicz | Dobrytata.waw.pl oparty na Wordpress