W porządku, mamo
Tego popołudnia usadowiłem się przy oknie na pierwszym piętrze szkolnego budynku, a moje serce zamierało na widok każdego przejeżdżającego samochodu. Na ten dzień czekałem od tygodni; był to dzień, w którym odbywała się zabawa z okazji zakończenia nauki w czwartej klasie. Przez cały ostatni tydzień nasza wychowawczyni, panna Pace, skreślała na tablicy jeden dzień, a my – dziewięciolatkowi – nie mogliśmy się wprost doczekać. Aż wreszcie nadszedł ten wytęskniony piątek…
Gdy jakiś czas wcześniej panna Pace poszukiwała ochotniczek do pieczenia ciasteczek, z największą radością zgłosiłem moja mamę. Jej czekoladowe ciasteczka królowały niepodzielnie w całej okolicy. Wiedziałem wiec, że zrobią furorę również wśród moich szkolnych kolegów.
Ale powoli mijała druga, a mojej mamy nie było widać. Matki kolegów zdążyły już przywieźć swoje smakołyki: poncz owocowy, krakersy, chipsy i babeczki. Mojej mamy ciągle jeszcze nie było, podczas gdy inne już dawno odjechały.
- Nie martw się , Robbie, zaraz przyjedzie – powiedziała panna Pace, widząc, jak zrozpaczony wyglądam na ulicę. Zerknąłem na zegar w chwili, gdy dłuższa wskazówka znalazła się na szóstce.
Przyjęcie trwało już w najlepsze, a ja nie ruszałem się ze swojego posterunku. Panna Pace robiła, co mogła, by mnie pocieszyć. A ja tkwiłem ciągle przy oknie w nadziei, że zza rogu wyjedzie znajomy samochód, a z niego wysiądzie zakłopotana mama z paczuszką swoich słynnych ciasteczek.
Gdy zegar wybił trzecią, chwyciłem swoją torbę i przygnębiony poszedłem do domu.
W drodze powrotnej obmyślałem zemstę. Wejdę do domu, trzasnę drzwiami, nie pocałuję mamy na dzień dobry i przysięgnę, że już nigdy więcej się do niej nie odezwę.
W domu nie było nikogo. Szukałem na lodówce karteczki z wyjaśnieniem, gdzie jest mama, ale niczego nie znalazłem. Broda trzęsła mi się z rozpaczy i gniewu. Po raz pierwszy w życiu mama mnie zawiodła.
Leżałem w swoim pokoju z twarzą w poduszce, gdy usłyszałem jak wchodzi do domu.
- Robbie! – zawołała trochę zbyt szybko. – Gdzie jesteś?
Słyszałem, jak biega nerwowo od pokoju do pokoju, zastanawiając się zapewne, gdzie mogę być. Nie odzywałem się. Potem zaczęła wchodzić po schodach; jej kroki były coraz szybsze.
Weszła do pokoju i usiadła na łóżku obok mnie. Nie poruszyłem się , leżąc dalej z głową w poduszce i tym samym odmawiając uznania jej obecności.
- Przepraszam, skarbie – powiedziała. – Zapomniałam. Byłam zajęta i po prostu zapomniałam.
Nadal leżałem nieruchomo. Nie wybaczaj jej, mówiłem sam do siebie. Narobiła ci wstydu przed kolegami. Zapomniała o tobie. Odpłać jej za to.
A potem moja matka zrobiła coś kompletnie niespodziewanego. Zaczęła się śmiać. Czułem, jak cała dygocze od śmiechu. Najpierw lekko, a potem coraz mocniej.
Nie mogłem w to uwierzyć. Jak mogła się teraz śmiać/ Odwróciłem się i spojrzałem na nią, gotów okazać jej swój gniew i rozczarowanie.
Ale ona wcale się nie śmiała. Płakała.
- Przepraszam – łkała cicho. – Zawiodłam cię. Zawiodłam swojego małego synka.
Mama opadła na łóżko i zaczęła chlipać jak mała dziewczynka. Byłem wstrząśnięty. Nigdy przedtem nie widziałem, jak moje mama płacze. Wydawało mi się, że matki tego nie robią. Zastanawiałem się, czy właśnie tak wyglądam, kiedy sam płaczę.
Rozpaczliwie próbowałem sobie przypomnieć jej kojące słowa, którymi pocieszała mnie, gdy stłukłem kolano albo uderzyłem się w palec. Ona wiedziała wtedy, co powiedzieć. A ja, w tej smutnej, pełnej łez chwili nie potrafiłem znaleźć słów pociechy.
- W porządku, mamo – wyjąkałem w końcu i delikatnie pogłaskałem ją po włosach. – Nie potrzebowaliśmy nawet tych ciastek. Było dużo innych rzeczy do jedzenia. Nie płacz. Wszystko jest dobrze. Naprawdę.
Moje słowa, które wydawały mi się zupełnie nieodpowiednie, sprawiły, że mama usiadła na łóżku. Otarła oczy i lekki uśmiech rozjaśnił jej zalane łzami policzki. Odwzajemniłem niezdarnie uśmiech, a mama przyciągnęła mnie do siebie.
Nie powiedzieliśmy już ani słowa. Trzymaliśmy się w długim milczącym uścisku. Gdy nadszedł czas, kiedy zazwyczaj wysuwałem się z objęć mamy, postanowiłem, że tym razem wytrzymam może trochę dłużej.
Autorem tekstu jest Robert Tate Miller. Tekst pochodzi z książki Jacka Canfielda „Balsam dla duszy 4”.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- mama płacze w łóżku
- w porzadku mamo
- moja mama mnie zawodła
Przemiana niedźwiedzia Aleksa
Budzik stojący na nocnej szafce, tuż obok łóżka, rozdzwonił się tak mocno, że nawet nieżywego by obudził. Śpiący w ciepłej pościeli gruboskóry niedźwiedź poderwał się nagle i usiadł niemal na baczność. Chwilę później dotarło do niego co się dzieje. Nie otwierając oka wymacał łapą budzik aby go wyłączyć. „O rany, jaka ta noc była krótka” – pomyślał, a następnie zaczął zwlekać się z łóżka. Przez chwilę próbował wymacać nogą swoje kapcie, jednak ich nie znalazł. „Gdzie one się podziały?” – zastanawiał się coraz bardziej zezłoszczony. W końcu wstał i na bosaka udał się do łazienki. Umył twarz i spojrzał w lustro. „Znowu muszę wstawać i szykować się do roboty! Rany jak ja tego nie znoszę”. Twarz spoglądająca na niego z lustra wydawała się smutna, zniechęcona, a może nawet zrozpaczona. „Po co ja się tak męczę, przecież i tak nie płacą mi wystarczająco dużo, za to co robię”. Po wyjściu z łazienki, ubrał się i zaczął jeść śniadanie. Jedząc kanapkę z miodem, nie dostrzegł, że spora część słodkiego specyfiku spłynęła z kanapki i wylądowała na jego krawacie. „Znowu to samo! Czy ten miód zawsze musi tak ściekać?!” Zmienił krawat, i w pośpiechu wyszedł z domu. W drzwiach potknął się o próg. „Znowu to samo” – pomyślał. „Ten próg strasznie mnie denerwuje”. Potem podreptał do pracy, aby się nie spóźnić.
To był typowy poranek niedźwiedzia Aleksa. Nie należał on do najszczęśliwszych zwierząt w okolicy. Prawdę powiedziawszy, to bez przerwy tylko narzekał i biadolił. Jego znajomi robili z resztą to samo. Mogli więc sobie ponarzekać wspólnie i często to robili. Narzekali na pracę, na to, że drzewa są zielone latem i na to, że śnieg jest biały zimą. Narzekali, że nie mają pieniędzy. Narzekali, że są nieszczęśliwi. Narzekali, że inni narzekają, i tak dalej.
Pewnego razu, Aleks wracał z pracy. Jak zwykle głowę miał pochyloną w dół, na twarzy malował się smutek, a w głowie kłębiły się myśli w stylu „zaraz się potknę o jakiś pieniek”. Nie uszedł nawet stu kroków, gdy nagle zawadził nogą o coś twardego i wywinąwszy orła w powietrzu, gruchnął na ziemię i rozciągnął się jak długi. „Pieniek, wiedziałem” – pomyślał, odwracając się za siebie. Wtem, tuż obok z prawej strony, usłyszał głośny śmiech. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał Tomka. Swojego kolegę, jeszcze ze szkoły. On również był niedźwiedziem, jednak w przeciwieństwie do Aleksa, miał dobrą pracę, wspaniały dom, rodzinę i … i był szczęśliwy.
Aleks był wściekły. Nie dość, że ten głupi pieniek pojawił się na jego drodze. Nie dość, że się o niego potknął. Nie dość, że się wywrócił. To na dodatek, wszystko to stało się na oczach Tomka. Aleks nie znosił Tomka. Nie znosił jego ciągle uśmiechniętej gęby. Nie lubił go za to, że wszystko mu się udawało. Nie potrafił znieść faktu, że jemu nic w życiu nie szło jak należy, podczas gdy Tomkowi powodziło się świetnie.
- I z czego się śmiejesz?! – zapytał wściekle przez zaciśnięte zęby. – Każdemu się zdarza wywrócić.
- Tak, ale nie każdy wywraca się codziennie. A ty leżałeś w tym miejscu i wczoraj i przedwczoraj i przedprzedwczoraj.
- Śledzisz mnie, czy co? – Aleks był wyraźnie zdziwiony. Dlaczego Tomek obserwował go, i to od kilku dni?
- Ależ skąd – Tomek ciągle nie mógł opanować śmiechu. – Po prostu, świetnie się bawię obserwując jak za każdym razem potykasz się o ten sam pieniek i jak robisz te swoje piruety, zanim gruchniesz o ziemię. Po prostu konam ze śmiechu.
- Daj mi już spokój. Znajdź sobie kogoś innego, z kogo będziesz się naśmiewał. I bez ciebie mam mnóstwo problemów. – Aleks podniósł się w końcu i zaczął się oddalać od miejsca zdarzenia.
- Zaczekaj – usłyszał za sobą głos Tomka. – Nie chciałem cię obrazić. Ta scena po prostu wyglądała komicznie i nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
Aleks szedł dalej, chcąc jak najszybciej dotrzeć do swojej chaty, gdzie będzie mógł w spokoju usiąść w wygodnym fotelu i pooglądać telewizję.
- Zaczekaj – Tomek nie dawał za wygraną. – Powiedziałeś mi, że masz mnóstwo problemów. A czy kiedykolwiek zastanawiałeś się skąd się te problemy biorą?
- Powiedziałem, żebyś dał mi spokój! Nie chcę rozmawiać z tobą o swoich problemach.
- Spójrz na siebie. Wyglądasz żałośnie. Powłóczysz nogami, garbisz się, a twoja sierść jest skołtuniona i siwa. Nie oszukujmy się wyglądasz jak dziadek, a nie jak niedźwiedź w pełni sił, jakim jesteś.
Aleks zwolnił odrobinę. W tym co mówił Tomek, było sporo prawdy. Naprawdę wyglądał kiepsko. „Ale to przecież nie jest moja wina. To wszystko przez tą robotę. Ciągle tylko problemy i problemy” – pomyślał w duchu. Nagle odwrócił się i rzekł:
- Łatwo ci mówić i pouczać mnie. Jednak nie masz pojęcia jak wygląda moje życie. Gdybyś był na moim miejscu to też byś tak wyglądał.
- Może tak, ale raczej jednak nie – odpowiedź Tomka wydała się Aleksowi nieco dziwna. – Czy zastanawiałeś się – ciągnął tamten – dlaczego jedne zwierzęta są szczęśliwe, realizują swoje marzenia i wszystko im się udaje, a inne są życiowymi nieudacznikami, jak ty?
- To kwestia szczęścia – powiedział bez zastanowienia Aleks. – Tobie się udało. Z resztą wszystko czego się nie tkniesz, zawsze ci się udaje.
- Masz rację, udaje mi się. Jednak nie ma to nic wspólnego ze szczęściem. To wynika z nastawienia.
- Z czego? – Aleks zatrzymał się w końcu i odwrócił do podążającego za nim Tomka.
- Z nastawienia. Tak się składa, że życie każdej istoty, czy to niedźwiedzia, czy innego zwierzęcia, nie ważne; życie każdej istoty podlega pewnym prawom.
- O jakich prawach mówisz? O Leśnym Kodeksie?
- Ależ skąd. Leśny Kodeks to zbiór przepisów, ustalonych wspólnie przez mieszkańców naszego lasu. Prawa o których mówię są prawami podstawowymi, jak prawa fizyki. Jak prawo grawitacji, które mówi o tym, że jabłko zawsze musi spaść na ziemię, a nie będzie unosiło się w powietrzu.
- Ale jak to prawo ma wpływać na to, że coś mi się w życiu udaje, a coś nie – chciał wiedzieć Aleks.
- Prawo grawitacji, rzeczywiście ma znikomy wpływ na nasze sukcesy. Są jednak prawa, które wpływają na nas bardzo silnie.
- Na przykład? – Aleksa wyraźnie zainteresował ten temat. Chciał dowiedzieć się jakie są te prawa, odpowiedzialne za jego nieszczęścia.
- Pierwszym z takich praw jest Prawo Przyciągania – mówiąc to Tomek usiadł sobie pod drzewem, a chwile potem Aleks rozsiadł się tuż obok niego.
- I jak brzmi to prawo? – dopytywał swojego rozmówcę, przysuwając się do niego, aby go wyraźniej słyszeć.
- Prawo Przyciągania mówi, że każdy z nas przyciąga do siebie zdarzenia, o których najczęściej myśli. Dlatego też optymiści, którzy myślą głównie o tym co może się udać, odnoszą znacznie więcej sukcesów, od pesymistów, którzy zazwyczaj rozmyślają o tym co może pójść źle – oni również dostają to o czym myślą, czyli niepowodzenia.
- Nie no! To jakieś bzdury! – wykrzyknął nagle Aleks.
- Zastanów się chwilę. Jak często myślałeś o tym pieńku, o który codziennie się potykasz? Jak często w swoich myślach widziałeś scenę w której po raz kolejny w niego uderzasz i upadasz?
- No. Muszę przyznać, że dosyć często zdarzało mi się o tym myśleć. Ale nie mogę uwierzyć w to, że moje myśli w jakiś sposób wpływają na to co wydarza się w rzeczywistości.
- To jest fakt, potwierdzony wieloma badaniami. Ci, którzy myślą pozytywnie, są szczęśliwsi i lepiej im się układa w życiu, niż tym, którzy myślą negatywnie. Zresztą co ci szkodzi spróbować.
- Spróbować, co? – Aleks był zdziwiony.
- Spróbować myśleć w ten sposób. Wyrzucić ze swojej głowy złe myśli i zastąpić je tymi szczęśliwymi i pozytywnymi.
- W sumie, nic nie stracę próbując – powiedział Aleks. – Ale czy będę potrafił tak nagle się przestawić? Czy będę potrafił zmienić swoje nastawienie?
- To może okazać się trudnym zadaniem. Jednak uważam, że warto zrobić ten wysiłek i stać się szczęśliwym niedźwiedziem. Na początek, proponuję, abyś spróbował uśmiechać się do siebie w lustrze. To naprawdę pomaga.
- No dobra, spróbuję – powiedział Aleks, a po chwili zastanowienia dodał – A dlaczego właściwie tak ci zależy, abym stał się szczęśliwym niedźwiedziem, co?
- Uważaj, Aleksie. Właśnie w twojej głowie pojawiły się negatywne myśli. To twoje przyzwyczajenie i nawyk negatywnego myślenia, każe ci uważać, że nie ma bezinteresownych zwierząt. Otóż prawda jest taka, że im więcej zwierząt jest szczęśliwszych, tym bardziej życie w lesie staje się przyjemne. Dlatego, samo pomaganie innym jest dla mnie przyjemnością.
- Dobra. Wypróbuję tę metodę i sprawdzę czy działa. Zacznę natychmiast. – To rzekłszy Aleks wstał z trawy i pożegnawszy przyjaciela, ruszył w kierunku swojej chaty.
- Życzę powodzenia – usłyszał za sobą radosny głos Tomka – Trzymam za ciebie kciuki. Uda ci się!
***
W drodze do domu Aleks sporo myślał o tym, co powiedział mu Tomek. „Rzeczywiście, moje myśli były zazwyczaj negatywne. Rzadko się uśmiechałem i częściej narzekałem niż cieszyłem się z tego co mam. A na dodatek, zazwyczaj za swoje niepowodzenia obwiniałem innych – szefa, głupi miód, czy pieniek. To śmieszne. Jak mogłem postępować w ten sposób? Sam byłem głupcem przez te wszystkie lata i dopiero rozmowa z Tokiem, niedźwiedziem, którego przez te wszystkie lata nie znosiłem, sprawiła, że sobie to uświadomiłem. Tak – najwyższa pora na zmiany”.
Tego wieczoru Aleks, zamiast jak zwykle rozsiąść się przed telewizorem, zjadł zdrowy posiłek, wziął kąpiel, wyszczotkował swoją sierść, wykonał ćwiczenia gimnastyczne na które dotychczas nigdy nie miał czasu. W końcu położył się spać. Zrobił to znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Tej nocy miał zamiar się wyspać.
Budzik stojący na nocnej szafce, tuż obok łóżka rozdzwonił się tak mocno, że nawet nieżywego by obudził. Śpiący w ciepłej pościeli gruboskóry niedźwiedź poderwał się nagle i usiadł niemal na baczność. Chwilę później dotarło do niego co się dzieje. Otworzył oczy i przeciągnął się. „O rany, jestem wyspany i czuję się świetnie. Ta noc wcale nie była za krótka.” – pomyślał, a następnie zeskoczył z łóżka. Jego nogi od razu natrafiły na pozostawione przy łóżku kapcie. „No proszę, są tam, gdzie je zostawiłem” – powiedział w duchu uśmiechając się pod nosem. Żwawym krokiem ruszył do łazienki. Umył twarz i spojrzał w lustro. „To naprawdę działa! Zapowiada się najwspanialszy dzień w moim życiu.” W lustrze ujrzał uśmiechniętą twarz należącą do zadbanego niedźwiedzia w sile wieku. Ten odnowiony Aleks uśmiechał się do niego promiennie. „Czuję się świetnie. Mam w sobie tyle energii, że mógłbym góry przenosić”. Po wyjściu z łazienki, ubrał się i zaczął jeść śniadanie. Tym razem uważał, aby miód nie spłynął z kanapki. „Wystarczyło odrobinę uwagi, aby uniknąć kolejnej plamy na krawacie” – pomyślał. Wyszedł z domu w radosnym nastroju. Uniknął potknięcia się o próg, a całą drogę do pracy przebył niemal w podskokach.
Tego dnia do pracy dotarł przed czasem. Zajął miejsce za biurkiem i zanim przystąpił do działania, uprzątnął wszystkie śmiecie. Pracowało mu się świetnie. Wszystko co robił udawało mu się. Aż jego szef, wezwał go do siebie i zaproponował mu awans na kierownika.
Kiedy Aleks wracał z pracy i z radością przeskakiwał pieniek, o który tak wiele razy się wywracał, ujrzał Tomka. Jego przyjaciel czekał na niego w tym samym miejscu, co dzień wcześniej.
- Widzę, że tym razem udało ci się go przeskoczyć. Czyżby pozytywne myślenie przyniosło jakieś rezultaty?
- Och, żebyś wiedział, że przyniosło! – zawołał do przyjaciela Aleks, a potem opowiedział mu o wszystkim co przydarzyło mu się tego dnia.
Od tej pory Aleksowi wiedzie się coraz lepiej. Zaprzyjaźnił się z Tomkiem i wiele się od niego nauczył. Zwłaszcza tego, że otaczający go świat jest znacznie lepszy niż mu się dotychczas wydawało.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajka na dobranoc o niedzwiedziu
- aleks aleksa
- uśmiechnięty niedżwiedź
Nocne koszmary
Dzisiejszej nocy kilka razy wstawałem do swojego młodszego syna. Kwilił przez sen, lub wręcz budził się z płaczem. „Miałem zły sen!” narzekał po przebudzeniu.
Początkowo przytulałem go mocno i zapewniałem o tym, że w domu jest bezpieczny; o tym, że ja jestem w pokoju obok i pojawię się przy jego łóżku, za każdym razem gdy będzie działo się coś niedobrego. Po kolejnym jednak razie zacząłem się niepokoić. Chciałem podbudować jego wiarę w to, że zły sen nie wróci. Sprawić, aby zasnął i już więcej nie budził się z płaczem. Łatwo jednak pomyśleć, a gorzej wykonać, zwłaszcza w środku nocy, gdy samemu również zostało się wyrwanym ze snu.
Wpadłem na pewien pomysł: „Masz tu swoją foczkę (jeden z ulubionych pluszaków)” – powiedziałem. – „Ona odgania złe sny i przywołuje takie, które są ładne i kolorowe”. Ta metoda nie podziałała.
Kolejny pomysł: „Aniele boży stróżu mój…” – pomyślałem, że może w ten sposób damy radę, ale nie poskutkowało.
W końcu trzecie podejście – tym razem podszedłem do sprawy bardziej rozsądkowo. Postanowiłem, że nie będę zapewniał syna, iż kolejne złe sny nie wrócą. „Co ci się przyśniło?” – zapytałem. „Smok, który cały się palił!”. Chwila zastanowienia i przyszła mi do głowy taka opowiastka:
„Jeśli możesz to spróbuj sobie przypomnieć tego smoka. A teraz, gdy już go widzisz, zrób kroczek w jego kierunku. Co to smok wyraźnie się zmniejszył. Robisz kolejny krok, a on znowu się zmniejsza. Idziesz w jego kierunku, a z każdym krokiem smok robi się coraz mniejszy i mniejszy. A gdy już jesteś tuż przy nim, okazuje się, że jest malutki niczym iskierka. Taki mały, że aby go zagasić wystarczyłaby jedna kropelka wody. Tak się składa, że masz w ręku gąbkę, którą moczysz w wodzie i wyciskasz z niej wodę wprost na smoka. Wyciekająca z gąbki woda utworzyła malutką kałużę, a ognisty smok zamienił się w malutką kijankę. Nagle nad kałużą zerwał się wiatr i przywiał malutką białą chmurkę. Chmurka rosła i rosła, aż stała się chmurką deszczową i zaczął z niej padać deszcz. Deszcz padał i padał, aż kałuża zamieniła się w malutki staw. Usiadłeś na brzegu stawu i obserwowałeś jak kijanka w nim pływa, jak rośnie i rośnie. Aż w końcu z kijanki wyrosła malutka zielona żabka. Ale nie taka zwykła żabka – to była, księżniczka zamieniona w żabkę. Żabka poprosiła cię, abyś ją pocałował, a wtedy znów stanie się księżniczką. Wziąłeś ją więc do ręki, zrobiłeś dzióbek z ust i zbliżyłeś je do łapki żabki. W końcu ją pocałowałeś. Dokoła pojawiły się jakby kolorowe fajerwerki i nagle żabka zamieniła się w księżniczkę. Księżniczka była piękna – była najpiękniejszą dziewczynką, jaką spotkałeś. I zaraz się w sobie zakochaliście. Wzięliście się za rączki i poszliście do piaskownicy, aby się pobawić. Tam zbudowaliście zamek z piasku, bo książę i jego księżniczka muszą mieć zamek, aby mieć gdzie mieszkać. A w zamku już krzątała się służba: ogrodnik pielęgnujący wspaniałe ogrody, kucharka gotująca pachnące potrawy, lokaj ubrany w czarny garnitur i sprzątaczka biegająca z piórkową miotełką służącą do wycierania kurzu. Ciekawe kto jeszcze mógłby znaleźć się w tym zamku?” – zapytałem na zakończenie.
„Pies” – odpowiedział mój syn, a chwilę potem dodał – „Tato, możesz już wrócić do siebie”.
Tej nocy jeszcze raz zdarzyło się, że syn zakwilił przez sen, ale już bez budzenia się. Wystarczyło, że pogłaskałem go po głowie i pocałowałem w czółko.
Myślę, że był to dosyć oryginalny sposób radzenia sobie z dziecięcymi koszmarami, ale najwyraźniej poskutkował. Mam nadzieję, że taka noc się więcej nie powtórzy.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- ogrodnik pielęgnujący ogród
Kodeks drogowy
„Błogosławieni ci, którzy dając, zapominają, a biorąc, zawsze pamiętają.”
Elizabeth Bibesco
Jestem córką kierowcy i sekretarki; dorastałam bardziej związana z matką niż z ojcem. Jako mała dziewczynka byłam „córeczką tatusia”, ale potem dorosłam i moje stosunki z ojcem przestały praktycznie istnieć. Tato spędzał większość czasu w drodze. Wyjeżdżał przed czwartą rano i wracał, gdy już spałam. W czasach, gdy byłam na tyle dorosła, by kłaść się spać po dziewiątej wieczorem, nie byłam już „córeczką tatusia’. Byłam nastolatką. Staliśmy się sobie obcy. Ja nie znałam jego, a on nie mógł znać mnie. Było prawie tak, jakby pewnego dnia wsiadł do ciężarówki, a wysiadł z niej, kiedy miałam już trzynaście lat. Minęło wiele czasu, zanim zrozumiałam, że nie miał pojęcia, co mi zrobił. Nie wiedział, jak postępować z pyskatą nastolatką, w której szalała burza hormonów. Mała dziewczynka, która podziwiała swojego tatusia, zniknęła, a pojawiła się okropna pannica lubiąca mieć ostatnie słowo w każdej dyskusji.
I tak zaczęła się lekcja, której nigdy nie zapomnę.
Byłam zbuntowaną nastolatką z wielkimi marzeniami na przyszłość i otwartą głową. W ciągu najtrudniejszych lat mego życia mogłam liczyć na pomoc mamy. Kiedy próbowała mnie prowadzić, walczyłam o każdy cal samodzielności. Ale ona się nie poddawała i w końcu pokonałam burzę hormonów i skandaliczne zachowanie. W tym samym czasie nauczyłam się czegoś ważnego od mojego ojca. Była to lekcja miłości, uczciwości i dobroci.
Pewnego wieczoru wrócił z kolejnej podróży, podczas której dostarczał towary do Brooklynu, Bronxu, Harlemu lub Filadelfii. Opowiedział nam, że po południu zobaczył na autostradzie kobietę, która otwierała bagażnik samochodu, by wyjąć koło zapasowe. Ojciec zatrzymał się, przedstawił i zaczął wymieniać uszkodzone koło. Gdy wkładał podnośnik, kobieta podziękowała mu za uprzejmość. Powiedziała, że strach przed zbrodnią często powstrzymuje ludzi przed udzieleniem pomocy na drodze. Gdy tato skończył wymieniać koło, kobieta zaoferowała mu dwadzieścia dolarów za przysługę.
- Nie trzeba – powiedział ojciec i uśmiechnął się. – Mam żonę i córkę, które właśnie zaczęły prowadzić samochód, i mam nadzieję, że gdy któraś z nich będzie potrzebowała pomocy, ktoś uczciwy i uprzejmy zrobi to samo co ja.
Potem pożegnał się i wrócił do swojego osiemnastokołowca, którego pozostawił na poboczu z włączonym silnikiem.
Nigdy nie znałam ojca z tej strony. Przez cale życie mój brooklyńsko-włoski ojciec raczył mnie nonszalanckimi opowiastkami z życia kierowców, ucząc mnie w ten sposób przepisów drogowych i zasad życia. Dzięki śmiesznym opowiastkom znałam miejsca, w których można było bezpiecznie przenocować i zjeść na trasie. Poznałam również definicję szacunku, uczciwości i ciężkiej pracy. Miałam już dwadzieścia cztery lata, gdy wreszcie zrozumiałam, jak wiele się od niego nauczyłam.
W 1992 roku wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam we wschodnim Kansas, gdzie jako ochotniczka pracowałam dla organizacji walczącej o prawa człowieka. Przez trzy i pół roku prawie bez przerwy podróżowałam. Pewnego razu dwunastoletnia córka mojej przyjaciółki zaproponowała, byśmy pojechały do zachodniej części Kansas i przyłączyły się do Marszu na rzecz Matki Ziemi. Zgodziłam się, gdyż święcie wierzyłam w ekologię i ochronę środowiska. Następnego dnia pożyczyłam od współlokatorki samochód i pojechałyśmy w naszą czterodniową podróż.
Byłyśmy prawie w połowie drogi, gdy złapałyśmy gumę w lewym tylnym kole. Zdołałam opanować samochód i zatrzymałyśmy się na poboczu drogi I-70. Trzęsłam się cała, ale wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu. Otworzyłam bagażnik i wyjęłam koło zapasowe. Wyciągałam właśnie podnośnik, gdy obok mnie przemknął szybko osiemnastokołowiec. Gdy chwilę później instalowałam podnośnik, usłyszałam pisk hamulców. Podniosłam głowę i zobaczyłam biegnącego do nas przez cztery pasma autostrady kierowcę ciężarówki. Mężczyzna wyjaśnił, że kierowca poprzedniego osiemnastokołowca powiadomił go przez radio, że mamy kłopoty. Przedstawił się, zapytał dokąd jedziemy, a potem wyjął mi z ręki podnośnik. W ciągu następnych dwudziestu minut wymienił koło, a potem schował narzędzia do bagażnika.
Poradził mi również, bym w pierwszym napotkanym warsztacie kupiła nową oponę. Dodał też, że koło zapasowe może nie wytrzymać trudów podróży. Gdy się żegnaliśmy, wyjęłam z portfela dwadzieścia dolarów i ofiarowałam mu je za przysługę. Uśmiechnął się tylko i powiedział ze środkowoamerykańskim akcentem:
- Mam córkę w pani wieku. Mam nadzieję, że gdy będzie potrzebowała pomocy na drodze, ktoś uczciwy i uprzejmy zatrzyma się i zrobi to samo co ja.
To były słowa mojego ojca, wypowiedziane z tym samym brooklyńskim akcentem. Opowiedziałam kierowcy o moim ojcu i o tym, co przydarzyło mu się w New Jersey. Kierowca uśmiechnął się i odszedł. Kierowca uśmiechnął się i odszedł. Gdy znalazł się na drodze, obrócił się jeszcze i zawołał:
- Pani ojciec to dobry człowiek… Zna kodeks drogowy.
Zatrzymałam się w pierwszym napotkanym warsztacie, by zmienić koło. Zadzwoniłam do rodziców, wiedząc, że oboje są w pracy. Zostawiłam na automatycznej sekretarce wiadomość dla ojca. Opowiedziałam o kierowcy ciężarówki, który mi pomógł, i podziękowałam tacie za to, że zna kodeks drogowy.
Były to specjalne podziękowania od małej córeczki kierowcy osiemnastokołowca dla wszystkich kierowców, którzy znają i rozumieją kodeks drogowy.
… a zwłaszcza dla dwóch dżentelmenów z Kansas, którzy mi pomogli!
Autorką tekstu jest Michele H. Vignola. Tekst pochodzi z książki Jacka Canfielda „Balsam dla duszy 4”
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- kodeks drogowy 2012 new jersey
- kodeks kierowcy ciężarówki
Magiczne zaklęcie
Dawno, dawno temu, kiedy krajami rządzili królowie, a po drogach jeździli konno rycerze w metalowych zbrojach, w czasach, gdy większość ludzi nie potrafiło czytać i pisać, a tylko najbogatsi mogli pozwolić sobie na naukę w szkole. W takich właśnie czasach, żył sobie chłopiec o imieniu Mariusz. Był sprytnym i mądrym chłopcem. Mieszkał wraz z rodziną w małej wiejskiej chacie. Nie była to rodzina zamożna, jednak rodzice Mariusza robili wszystko co mogli, aby zapewnić sobie i swoim dzieciom odpowiednie warunki. Mariusz i jego rodzeństwo, każdego dnia pomagali w domu i w gospodarstwie, jednak sporo czasu poświęcali na naukę.
Mariusz był bardzo zdolnym uczniem. Szybko nauczył się czytać i pisać. Nie miał żadnych problemów z matematyką, fizyką, ani chemią. Pochłaniał coraz to nowe książki, aby wiedzieć więcej i więcej. Wkrótce okazało się, że jest najzdolniejszym uczniem w całej okolicy.
Pewnego razu tata poprosił Mariusza, aby poszedł z nim na spacer do pobliskiego Lasu. Szli powoli rozglądając się wokół i podziwiając otaczające ich piękno przyrody.
- Po co mnie tutaj zabrałeś, tato? – zapytał w pewnym momencie Mariusz. – Nigdy nie byliśmy razem na spacerze.
- Masz rację, synu. Powinienem był robić to częściej. – Tata zachowywał się tak, jakby nie bardzo wiedział co ma powiedzieć. W końcu, wziął głęboki wdech i kontynuował:
- Mariuszu. Jesteś najzdolniejszym z moich dzieci. Twoi bracia i siostry nie wykazują aż takich zdolności do nauki jak ty.
- Czy to coś złego, że się dobrze uczę? – chłopiec był zdziwiony.
- Ależ skąd. Jestem dumny, z tego, że mój syn tak świetnie sobie radzi – tata, podrapał się w głowę jakby szukając odpowiednich słów. – Wiesz synu, zabrałem cię na ten spacer, aby z tobą porozmawiać. A teraz, kiedy jesteśmy sami, nie potrafię powiedzieć tego, co chciałem ci przekazać.
- Tato, czy stało się coś złego?
- Ależ nie. Wprost przeciwnie – tata zrobił pauzę. – Wiesz, twoja wiedza i umiejętności są tak duże, że wraz z mamą doszliśmy do wniosku, iż nie możemy nauczyć cię niczego więcej. Nasza wiedza i zdolności są zbyt małe. Jeżeli pozostaniesz nadal z nami, nie będziesz mógł się bardziej rozwijać.
- Co przez to rozumiesz, tato? – Mariusz nie do końca pojmował, co tata próbuje mu powiedzieć.
- Uważamy, że powinieneś opuścić dom i udać się na naukę.
- Do miasta? Do wielkiej szkoły? – dopytywał Mariusz.
- Nie stać nas abyś uczył się w szkole – powiedział tata. – Możesz jednak rozpocząć naukę u jednego z mędrców: znachora, alchemika, czy nawet maga.
Ta myśl, od razu zakiełkowała w głowie chłopca. „Mógłbym zostać prawdziwym magiem” – pomyślał. Od małego marzył o tym, aby zostać czarodziejem, znać magiczne zaklęcie i potrafić ich używać. A oto teraz, tata powiedział, że jak chce, może zostać uczniem maga.
- Naprawdę mógłbym uczyć się magii? – zapytał podekscytowany. – To byłoby naprawdę wspaniałe, Tato.
- Cieszę się, że ten pomysł przypadł ci do gustu – w głosie ojca, chłopiec usłyszał pewien smutek.
- Oczywiście będzie mi bardzo ciężko opuścić dom – mamę, ciebie i wszystkich innych. Ale sam powiedziałeś, że nie mam innego wyjścia.
- To prawda, chłopcze. To prawda. – Tata, położył swoją wielką, spracowaną dłoń na ramieniu chłopca. – A więc poinformujmy o tym twoich braci i twoje siostry.
- A więc chodźmy.
***
Przygotowania nie trwały długo. Być może z powodu tego, że Mariusz nie posiadał tak naprawdę żadnych rzeczy, które musiałby ze sobą zabierać. Wziął jedynie to co miał na sobie i jeden cieplejszy kożuch, na chłodniejsze dni. Spakował jeszcze kilka książek i coś do jedzenia. Następnie pożegnał się z rodzeństwem i z rodzicami, a potem, jeszcze tego samego dnia wyruszył w drogę.
Mariusz wędrował od wioski do wioski, wypytując wszystkich, czy aby nie słyszeli o jakimś magu, lub czarodzieju, który szukałby ucznia. Aby zarobić na jedzenie i na noclegi, zajmował się odczytywaniem listów, jakie od czasu do czasu otrzymywali mieszkańcy wiosek, lub odpisywaniem na te właśnie listy. Jak już zostało powiedziane niewiele osób umiało czytać i pisać.
W końcu, po kilku miesiącach wędrówki, chłopiec trafił do wioski, w której dowiedział się, że w jej okolicy mieszka mag. Od razu udał się do jego zamku, aby zapytać się, czy przyjmie go na swojego ucznia.
Zamek okazał się ruiną. Niemal wszystkie okna zostały wybite, dachy były w marnym stanie i Mariusz mógł się założyć, że na pewno przeciekały podczas nawet najmniejszego deszczu. „Czy aby na pewno mieszka tu mag?” zastanawiał się chłopiec. „Przecież wystarczyłoby odrobinę magii, aby naprawić potłuczone okna, czy zniszczone dachy”. Zastanawiał się również, czy nie zawrócić i poszukać jakiegoś bardziej zdolnego mistrza.
Jednak okazało się, że było już za późno. Mag dostrzegł gościa i zupełnie nieoczekiwanie pojawił się tuż za jego plecami.
- Czym mogę ci służyć, młody podróżniku? – Mariusz miał wrażenie, jakby postać czarodzieja wyskoczyła z podziemi. Jego nagle zadane pytanie, sprawiło, że chłopiec aż podskoczył ze strachu. Wkrótce jednak opanował drżenie ciała i odpowiedział:
- Przybyłem tu, aby cię prosić, żebyś przyjął mnie na swojego ucznia.
- A więc chcesz zostać magiem? – Starzec oglądał chłopca ze wszystkich stron, zapewne oceniając go po wyglądzie. – A co możesz mi zaoferować, chłopcze?
- No, jestem bardzo zdolnym chłopcem. Potrafię czytać i pisać, znam się na chemii, fizyce i matematyce. Teraz chcę nauczyć się sztuki magicznej. Prawdę powiedziawszy, marzyłem o tym od małego.
- Podobasz mi się, chłopcze. Lubię ludzi, którzy wiedzą czego chcą i realizują swoje marzenia. To jedna z podstawowych zasad magii. Marzyć i realizować marzenia. – Starzec, pogładził kościstą dłonią, swoją długą, siwą brodę, jakby oceniając za i przeciw. W końcu rzekł:
- Zrobiłeś na mnie duże wrażenie młodzieńcze. Chętnie przyjmę cię jako swojego ucznia. Czy jednak zdajesz sobie sprawę, jak ciężkie jest zajecie pomocnika maga?
- Oczywiście! – wykrzyknął Michał. – Zrobię wszystko, czego będziesz ode mnie oczekiwał. Będę sprzątał i doglądał całego zamku. Będę robił jedzenie, dla nas obydwu. Będę zajmował się zwierzętami, chodził po zakupy, zbierał grzyby w lesie – wszystko co tylko każesz mi zrobić. Wszystko! Tylko mnie ucz.
- A więc dobrze – zgodził się mag. – Zostaniesz moim uczniem.
***
Od tej pory Mariusz, każdego dnia ciężko pracował. Sprzątał zamek. Naprawiał przeciekające dachy i uszczelniał wybite szyby w oknach, aby wiatr nie hulał po komnatach. Robił zakupy w pobliskiej wiosce, przygotowywał posiłki i robił wiele innych rzeczy. Praca była bardzo męcząca. Chłopiec był jednak zadowolony. Mag dotrzymał bowiem słowa i każdego dnia poświęcał około godziny, aby uczyć swojego młodego ucznia podstaw magii.
Już na jednej z pierwszych lekcji Mariusz dowiedział się, że cała magia opiera się na potędze umysłu. – - Im bardziej wytrenujesz swój umysł, tył łatwiej będziesz w stanie materializować swoje myśli – powiedział mu mag podczas pierwszej lekcji.
- Co to oznacza, Mistrzu?
- Cały świat zbudowany jest w taki sposób, że ludzie dostają w życiu to, o czym najczęściej myślą. Jednak tylko nieliczni z nich o tym wiedzą. Każdy człowiek korzysta z tej podstawowej zasady magii. Jednak większość nie będąc jej świadomymi, wykorzystuje ją przeciwko sobie. Większość ludzi bez przerwy myśli o złych rzeczach – o biedzie i nieszczęściach. I to właśnie sobie wyczarowują – biedę i nieszczęścia.
- Czy to znaczy, mistrzu, że jeśli będę myślał o wspaniałych rzeczach, to je sobie wyczaruję?
- Właśnie tak, chłopcze. Jesteś bardzo pojętny. – Mag był bardzo zadowolony ze swojego ucznia, że tak szybko zrozumiał zasadę, której inni ludzie nie potrafili zrozumieć, a kiedy ją zrozumieli nie byli w stanie zaakceptować jej prostoty. – Ważne jest jednak, aby ćwiczyć swój umysł. Im bardziej wyćwiczony umysł tym łatwiej przyciąga do siebie, rzeczy o których myśli.
- A w jaki sposób ćwiczyć swój umysł?
- Najprostszą metodą jest częste powtarzanie swoich pragnień.
I od tej pory, Mariusz za każdym razem kiedy szorował podłogę, przygotowywał posiłki, zbierał grzyby, czy też wykonywał dowolną ze zleconych przez mistrza prac, powtarzał sobie w myślach „każdego dnia staję się coraz lepszym magiem”, a jego myśl materializowała się. Jego umiejętności jako maga rosły i rosły. I rzeczywiście, każdego dnia stawał się coraz lepszym magiem.
Podczas którejś z kolei lekcji, Mag rzekł do swojego ucznia:
- Innym sposobem ćwiczenia własnego umysłu, jest jego wyciszenie. Można to osiągnąć poprzez medytację lub prościej mówiąc przez koncentrację na jakimś punkcie – na przykład na czarnej plamie, kwiatku, czy sęku w podłodze. Jeśli twój umysł będzie w stanie koncentrować się na jednej rzeczy przez około kwadrans, wtedy można powiedzieć, że jest świetnie wyćwiczony.
Od tamtego czasu, chłopiec często ćwiczył swój umysł koncentrując swoją uwagę na jednej rzeczy. Początkowo szybko się rozpraszał. Jednak z każdą kolejną próbą stawał się w tym coraz lepszy i lepszy.
- Mistrzu. Mam do ciebie pytanie – zagadnął raz starca. – Powiedz mi, dlaczego jak myślę o jakichś drobiazgach, to rzeczywiście po pewnym czasie jestem w stanie je osiągnąć. Kiedy jednak myślę o czymś naprawdę wielkim, to prawie nigdy mi się nie udaje. Czy to znaczy, że nadal mam niewyćwiczony umysł?
- Tak naprawdę, to uważam, że twój umysł jest świetnie wyćwiczony – pochwalił ucznia Mag. – Dostrzegam tu raczej inny problem. Otóż podstawą magii jest wiara w powodzenie. Czy kiedy myślisz o tych wielkich rzeczach, wierzysz w pełni, że jesteś w stanie je osiągnąć?
- Obawiam się, że to rzeczywiście może być przyczyną. Małe rzeczy, przychodzą mi łatwo, bo nie mam problemu z uwierzeniem, że mogę je osiągnąć. Z tymi dużymi jest trochę gorzej. Czasem nachodzą mnie myśli, że „to jest poza moim zasięgiem” i wtedy się poddaję.
- I tu pojawia się kolejna zasada. Po pierwsze, powinieneś żywić przekonanie o tym, że na pewno ci się powiedzie. A po drugie, bądź wytrwały i nigdy nie poddawaj się zwątpieniu.
Chłopiec szkolił się u mistrza przez dwa kolejne lata. W końcu stał się prawdziwym adeptem sztuki magicznej. Nadszedł więc czas, aby opuścił swojego mistrza i rozpoczął własne życie. Z tej właśnie okazji, stary nauczyciel podarował mu jeden ze swoich najcenniejszych zwoi. Zwój ten, zdaniem maga, zawierał najpotężniejsze ze wszystkich zaklęć na świecie. Młody mag uklęknął przed mistrzem, a ten wręczył mu zwinięty kawałek pożółkłego ze starości papieru. Zwój był przewiązany złotą nicią i zapieczętowany czerwoną pieczęcią.
- Wstań, młody magu! – Mistrz nazwał Mariusza magiem pierwszy raz od czasu gdy rozpoczął swoje nauki. – A teraz możesz odpieczętować zwój i poznać zaklęcie.
Chłopiec z wielką ciekawością rozwijał kartkę grubego papieru. Kiedy jednak rozwinął ją i przeczytał zaklęcie, jego twarz wykrzywiła się i zagościło na niej zwątpienie, a może nawet złość na mistrza.
- Czy coś jest nie tak? – zapytał starzec, łagodnym głosem.
- Nie. Tylko… Tylko, że to nie jest żadne zaklęcie – Mariusz był przygnębiony i nie do końca wiedział, czym sobie zasłużył na takie traktowanie. Jego mistrz najwyraźniej zażartował sobie z niego. – W tym zwoju znajduje się jedno słowo. Jedno jedyne.
- Jakie to słowo, chłopcze? – Zapytał spokojnym głosem mag.
- To słowo to „DZIĘKUJĘ”.
- Och nie bądź rozczarowany. Zapewniam cię, że jest to jedno z najpotężniejszych zaklęć jakie istnieją na ziemi. Słowa mają wielką moc. A to szczególne słowo mam moc największą.
- Ale co ja mam robić z takim zaklęciem. Do czego mam je stosować.
- To bardzo proste. Dziękuj wszechświatowi za wszystko co posiadasz. Za jedzenie, za życie, za miłość, za rzeczy które posiadasz. Dziękuj za wszystko i tak często jak to tylko możliwe. Im bardziej będziesz wdzięczny wszechświatowi, tym większą moc stwarzania od niego otrzymasz. Pamiętaj o tej zasadzie – w tym momencie starzec podszedł do swego młodego adepta, wziął go w ramiona i uściskał. – A teraz życzę ci szerokiej drogi. Obyś stał się najpotężniejszym Magiem na ziemi. Powodzenia.
I Mariusz ruszył przed siebie w poszukiwaniu przygód. Dziękował wszechświatowi za każdy dzień, każdą przygodę i każdą napotkaną istotę, z którą zetknął go los. Z czasem stał się wielkim magiem i żył szczęśliwie do późnej starości. A wszystko co osiągnął zawdzięczał naukom starego mistrza i potężnemu zaklęciu, z którego korzystał niemal na każdym kroku. I nie ważne, że zaklęcie to składało się z jednego słowa. Gdyż słowo „DZIĘKUJĘ” ma niesłychaną, magiczną moc.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- czarodziejskie zaklęcia
- czarodziejskie zaklęcia dla dzieci
- czarodziejskie zaklęcie












