Punkt widzenia
„Nie przywiązujmy się do jednego okna, zmieniajmy punkt widzenia.”
Ks. Józef Tischner
Dzisiaj chcę poruszyć pewien temat, który chodzi mi po głowie od kilku tygodni. Dwukrotnie podchodziłem do tego, aby przelać myśli z nim związane na papier, aby ubrać je w słowa. Jednak bezskutecznie. Moje notatki sporządzone na brudno, okazywały się jedynie drobnym szkicem i nie nadawały się do publikacji. Jednak myśli ciągle powracały do tego tematu. Postanowiłem więc, że poświecę na niego trochę więcej czasu, aby dokonać analizy i napisać coś wartościowego. Myślę, że nareszcie mi się udało. Zapraszam więc do lektury:
Być może miewasz czasem takie sytuacje jak ta. Wydaje Ci się, że wiesz na jakiś temat wszystko. Wydaje Ci się, że zbadałeś sprawę dogłębnie i znasz ją na wylot. I nagle okazuje się, że nie wziąłeś pod uwagę jakiegoś czynnika, który nie wydawał się istotny. Lub taka sytuacja: z Twojego punktu widzenia coś wygląda bardzo dobrze, a to samo zagadnienie z punktu widzenia innej osoby wygląda zdecydowanie gorzej. Takie sytuacje zdarzają się dosyć często.
Kiedy robisz coś ważnego postaraj się zgłębić przypadek możliwie jak najdokładniej. Postaraj się aby w swoim postępowaniu, od czasu do czasu, zmieniać punkt widzenia. Postaraj się, aby od czasu do czasu zmienić nastawienie, stanąć z boku i przyjrzeć się uważnie. Być może dostrzeżesz, iż z tej perspektywy sprawa wygląda odmiennie.
Aby przywyknąć do częstych zmian punktu patrzenia, zacznij od prostego ćwiczenia. Jeśli zdarza ci się bywać na cyklicznych spotkaniach (na przykład cotygodniowe zebrania), postaraj się, za każdym razem siadać w innym miejscu. To proste i nie wymagające ćwiczenie, pozwoli ci przełamać pewien dotychczasowy schemat, lub nawet nawyk. Wykonując je otworzysz się na zmiany punktu widzenia. Być może ci sami ludzie, z którymi spotykasz się co tydzień wydadzą ci się inni, jeśli będziesz ich obserwował z innego miejsca. Sprawdź to sam.
Z własnego doświadczenia wiem, że zdarzają się sytuację, w których za wszelką cenę bronimy własnego zdania. W takich sytuacjach, wydaje mi się, że to ja wiem najlepiej czy czarne jest czarne, czy może lekko szare. W sytuacjach takich, niewiele potrzeba, aby doprowadzić do kłótni, niepowodzeń, a czasem również do poważnych konfliktów. Wystarczy drobne niedopowiedzenie, a problem urasta do rozmiarów astronomicznych.
Będąc na treningu NLP, u Ewy Damentki, miałem okazję brać udział w rewelacyjnym ćwiczeniu. Polegało ono na tym, że rozpatrywana była jakaś scena konfliktowa. Uczestnicy biorący udział w treningu mieli za zadanie wczuć się w poszczególne role: samego siebie, drugiej strony konfliktu, a także niezależnego obserwatora. Dialog, który wywiązywał się pomiędzy obydwiema stronami konfliktu, oraz cenne uwagi niezależnego obserwatora, pozwalały znacznie dogłębniej zrozumieć całą sytuację.
Gdyby wszyscy ludzie postępowali w ten sposób i rozpatrywali konflikty na takim właśnie poziomie. Gdyby zadali sobie trud i postarali się wcielić w postać po drugiej stronie barykady, a także w niezależnego obserwatora, komentującego wydarzenia bez osądzania stron, wtedy świat byłby znacznie piękniejszy, a już na pewno bardziej przyjazny.
Spróbuj zastosować tę metodę we własnym życiu. Może uda ci się rozwiązać jakiś poważny życiowy problem. Być może dojdziesz do wniosku, że tak naprawdę nie było o co kruszyć kopi. Ja właśnie tak miałem.
Pozdrawiam i życzę wielu sukcesów.
Droga do "Dobrego Taty" | Komentarzy (0)
Pozwolenie na łzy
„Miłość, którą otrzymałeś, traktuj jak wielki skarb. Będzie ona trwać jeszcze długo po tym, jak twe złoto i zdrowie przestaną istnieć.”
Og Madino
Siedziałem samotnie przy stole, otoczony niewielkim kręgiem światła. Reszta domu była pogrążona w ciemności. Płakałem.
W końcu udało mi się położyć dwójkę moich małych dzieci do łóżka. Musiałem być dla nich zarówno matką jak i ojcem. Wykąpałem je przy akompaniamencie krzyków radości, szalonych biegów w kółko, śmiechów i rzucania w siebie różnymi rzeczami. W końcu ucichły, położyły się do łóżek, a ja dałem każdemu z nich przepisowe pięć minut drapania po plecach. Potem wziąłem gitarę i zacząłem wieczorny rytuał polegający na odśpiewaniu ludowych piosenek, które kończył utwór pod tytułem Wszystkie śliczne małe koniki. Była to ulubiona piosenka moich dzieci. Śpiewałem ją bez końca, coraz ciszej i ciszej, aż w końcu zasnęły.
Rozwiodłem się niedawno, uzyskując pełną opiekę nad dziećmi. Pragnąłem zapewnić im normalne domowe życie. Przy nich starałem się, aby na mojej twarzy gościło szczęście. Starałem się też, by wszystko było tak, jak kiedyś. Ten wieczorny rytuał również był taki sam, jak dawniej. Z jednym wyjątkiem: brakowało matki. Jednak znowu się udało, pomyślałem. Kolejny wieczór pełen sukcesów.
Wstałem powoli, usiłując uniknąć jakiegokolwiek hałasu, który mógłby obudzić dzieci, bo zażądałyby nowych piosenek i opowieści. Wyszedłem na palcach z dziecinnego pokoju, zamknąłem drzwi i zszedłem na dół.
Osunąłem się na krzesło i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że usiadłem ze spokojem pierwszy raz od czasu, gdy wróciłem z pracy. Najpierw gotowałem i podawałem posiłek, a potem zachęcałem dwójkę maluchów do jedzenia. Później myłem naczynia, bez przerwy spełniając ich liczne prośby o chwilę uwagi. Pomogłem starszemu przy lekcjach i podziwiałem rysunki młodszego. Potem zachwycałem się jego wspaniałą konstrukcją z klocków lego. Kąpanie, opowieści, drapanie po plecach, piosenki i wreszcie chwila dla siebie. Przez chwilę odczuwałem ulgę.
A potem wszystko zwaliło się na mnie: zmęczenie, ciężar odpowiedzialności, myśl o rachunkach, co do których nie byłem pewien, czy zostały zapłacone, niekończące się szczegóły związane z prowadzeniem domu.
No i ta samotność. Miałem wrażenie, że znajduję się na dnie wielkiego morza samotności. Wszystko dotarło do mnie w tym samym momencie. Poczułem się zagubiony i pogrążony. W końcu, zupełnie niespodziewanie, zacząłem szlochać. Siedziałem przy stole i cicho pochlipywałem.
Wtem objęły mnie czyjeś małe ramionka i zobaczyłem współczującą buzię mojego pięcioletniego synka. Zawstydziłem się, że zobaczył, jak płaczę.
- Przepraszam, Etan. Nie wiedziałem, że jeszcze nie śpisz.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, ale wielu ludzi przeprasza za swoje łzy, a ja nie byłem wyjątkiem.
- Nie chciałem płakać – powiedziałem. – Przepraszam. Jestem dzisiaj trochę smutny.
- W porządku, tatusiu. Możesz płakać, jesteś przecież człowiekiem.
Nie potrafię wyrazić tego, jak bardzo uszczęśliwił mnie ten mały chłopczyk. Jego mądra niewinność udzieliła mi pozwolenia na łzy. Chciał przez to powiedzieć, że nie zawsze muszę być silny, że czasem mogę pozwolić sobie na słabość i uzewnętrznić swoje uczucia.
Mały wślizgnął się na moje kolana, a potem tuliliśmy się do siebie i rozmawialiśmy przez chwilę. W końcu zabrałem go do łóżka i otuliłem kołdrą. Dziwne, ale tej nocy spałem zupełnie dobrze. Dziękuję ci, synku.
Autorem tekstu jest Hanoch McCarty. Tekst pochodzi z książki Jacka Canfielda „Balsam dla duszy 4”.
Książki, moje inspiracje | Komentarzy (2)
Bajka o Zygzaku McQueenie
Po obejrzeniu filmu „Auta 2”, mój syn męczył mnie, abym opowiedział mu bajkę o Zygzaku McQueenie. Więc wymyśliłem na poczekaniu taką, dosyć śmieszną historyjkę:
Jechałem jak zwykle do pracy. Dzień jak co dzień. Nagle dojeżdżam do skrzyżowania i widzę, coś bardzo dziwnego. Sygnalizacja świetlna zwariowała. Zamiast typowych kolorów: zielonego, czerwonego i pomarańczowego, świecą się na zmianę fioletowy, niebieski i różowy. Zatrzymałem się, nie wiedząc, które z tych świateł jest odpowiednikiem zielonego. Podobnie zrobili inni kierowcy. Wszyscy zatrzymali się przed skrzyżowaniem i każdy obawiał się wjechać na nie jako pierwszy. Wszyscy się bali, zwłaszcza, że tuż obok zatrzymał się radiowóz z policjantami. Staliśmy tak przez dobrą chwilę, gdy nagle, gdzieś wysoko, wysoko dał się słyszeć przedziwny dźwięk. Kierowcy powysiadali ze swoich aut. Ja zrobiłem to samo. Zadarłem głowę i wpatrywałem się w niebo. A raczej w niewielki punkt na niebie, który wydawał głośny gwizd, jakby pocisku rakietowego. Punkt ten zbliżał się do nas i z każdą chwilą robił się coraz głośniejszy i większy.
- Czy to ptak?, Czy to samolot? – pytali inni kierowcy.
- Nie to Złomek! – wykrzyknąłem nagle. Tak to był on – zardzewiały holownik z podpiętymi rakietowymi silnikami. Na holu ciągnął czerwone auto z błyskawicą na bocznych drzwiach. To był mój stary kumpel Zygzak McQueen.
Obydwa auta wylądowały na środku skrzyżowania.
- Cześć Sławek! – wykrzyknął Złomek. – McQueen ma kłopoty. Coś mu pękło pod maską. Jak tylko się o tym dowiedział kazał mi się wieźć prosto do ciebie. W tobie jedyna nadzieja.
- Ale co się stało. Przecież wiesz, że ja się w ogóle nie znam na silnikach.
- Nie mogę ci powiedzieć. Jak tylko otworzysz maskę i zerkniesz do środka, od razu będziesz wiedział co pękło.
Podszedłem do Zygzaka, który nic nie mówił, tylko patrzył na mnie jakbym był jego jedyną deską ratunku. Nie mogłem odmówić mu pomocy w takim stanie. Otworzyłem maskę. Spojrzałem i… i rzeczywiście, od samego początku wiedziałem co pękło. To była guma od majtek.
W tym momencie mój syn zaczął się głośno śmiać. Więc zrobiłem chwilę przerwy, po czym kontynuowałem opowieść:
I co się tak śmiejesz? Przecież ty też tam byłeś. Nie pamiętasz? Przecież to ty uratowałeś Zygzaka. Wyciągnąłeś gumkę ze swoich majtek i wspólnie naprawiliśmy pękniętą gumę McQueena. Dopiero wtedy Zygzak uśmiechnął się od lusterka do lusterka i powiedział:
- Kacper, dziękuję ci. Uratowałeś mi życie.- Następnie zwrócił się do Złomka: – No to zabierz mnie z powrotem do Paryża. Może jeszcze zdążymy na rozpoczęcie wielkiego wyścigu. Obydwaj ze złomkiem mrugnęli do nas na pożegnanie, po czym złomek odpalił swoje odrzutowe dopalacze. Chwilę potem po naszych przyjaciołach pozostał jedynie śmierdzący dym.
Bajki na dobranoc | Komentarzy (2)
W porządku, mamo
Tego popołudnia usadowiłem się przy oknie na pierwszym piętrze szkolnego budynku, a moje serce zamierało na widok każdego przejeżdżającego samochodu. Na ten dzień czekałem od tygodni; był to dzień, w którym odbywała się zabawa z okazji zakończenia nauki w czwartej klasie. Przez cały ostatni tydzień nasza wychowawczyni, panna Pace, skreślała na tablicy jeden dzień, a my – dziewięciolatkowi – nie mogliśmy się wprost doczekać. Aż wreszcie nadszedł ten wytęskniony piątek…
Gdy jakiś czas wcześniej panna Pace poszukiwała ochotniczek do pieczenia ciasteczek, z największą radością zgłosiłem moja mamę. Jej czekoladowe ciasteczka królowały niepodzielnie w całej okolicy. Wiedziałem wiec, że zrobią furorę również wśród moich szkolnych kolegów.
Ale powoli mijała druga, a mojej mamy nie było widać. Matki kolegów zdążyły już przywieźć swoje smakołyki: poncz owocowy, krakersy, chipsy i babeczki. Mojej mamy ciągle jeszcze nie było, podczas gdy inne już dawno odjechały.
- Nie martw się , Robbie, zaraz przyjedzie – powiedziała panna Pace, widząc, jak zrozpaczony wyglądam na ulicę. Zerknąłem na zegar w chwili, gdy dłuższa wskazówka znalazła się na szóstce.
Przyjęcie trwało już w najlepsze, a ja nie ruszałem się ze swojego posterunku. Panna Pace robiła, co mogła, by mnie pocieszyć. A ja tkwiłem ciągle przy oknie w nadziei, że zza rogu wyjedzie znajomy samochód, a z niego wysiądzie zakłopotana mama z paczuszką swoich słynnych ciasteczek.
Gdy zegar wybił trzecią, chwyciłem swoją torbę i przygnębiony poszedłem do domu.
W drodze powrotnej obmyślałem zemstę. Wejdę do domu, trzasnę drzwiami, nie pocałuję mamy na dzień dobry i przysięgnę, że już nigdy więcej się do niej nie odezwę.
W domu nie było nikogo. Szukałem na lodówce karteczki z wyjaśnieniem, gdzie jest mama, ale niczego nie znalazłem. Broda trzęsła mi się z rozpaczy i gniewu. Po raz pierwszy w życiu mama mnie zawiodła.
Leżałem w swoim pokoju z twarzą w poduszce, gdy usłyszałem jak wchodzi do domu.
- Robbie! – zawołała trochę zbyt szybko. – Gdzie jesteś?
Słyszałem, jak biega nerwowo od pokoju do pokoju, zastanawiając się zapewne, gdzie mogę być. Nie odzywałem się. Potem zaczęła wchodzić po schodach; jej kroki były coraz szybsze.
Weszła do pokoju i usiadła na łóżku obok mnie. Nie poruszyłem się , leżąc dalej z głową w poduszce i tym samym odmawiając uznania jej obecności.
- Przepraszam, skarbie – powiedziała. – Zapomniałam. Byłam zajęta i po prostu zapomniałam.
Nadal leżałem nieruchomo. Nie wybaczaj jej, mówiłem sam do siebie. Narobiła ci wstydu przed kolegami. Zapomniała o tobie. Odpłać jej za to.
A potem moja matka zrobiła coś kompletnie niespodziewanego. Zaczęła się śmiać. Czułem, jak cała dygocze od śmiechu. Najpierw lekko, a potem coraz mocniej.
Nie mogłem w to uwierzyć. Jak mogła się teraz śmiać/ Odwróciłem się i spojrzałem na nią, gotów okazać jej swój gniew i rozczarowanie.
Ale ona wcale się nie śmiała. Płakała.
- Przepraszam – łkała cicho. – Zawiodłam cię. Zawiodłam swojego małego synka.
Mama opadła na łóżko i zaczęła chlipać jak mała dziewczynka. Byłem wstrząśnięty. Nigdy przedtem nie widziałem, jak moje mama płacze. Wydawało mi się, że matki tego nie robią. Zastanawiałem się, czy właśnie tak wyglądam, kiedy sam płaczę.
Rozpaczliwie próbowałem sobie przypomnieć jej kojące słowa, którymi pocieszała mnie, gdy stłukłem kolano albo uderzyłem się w palec. Ona wiedziała wtedy, co powiedzieć. A ja, w tej smutnej, pełnej łez chwili nie potrafiłem znaleźć słów pociechy.
- W porządku, mamo – wyjąkałem w końcu i delikatnie pogłaskałem ją po włosach. – Nie potrzebowaliśmy nawet tych ciastek. Było dużo innych rzeczy do jedzenia. Nie płacz. Wszystko jest dobrze. Naprawdę.
Moje słowa, które wydawały mi się zupełnie nieodpowiednie, sprawiły, że mama usiadła na łóżku. Otarła oczy i lekki uśmiech rozjaśnił jej zalane łzami policzki. Odwzajemniłem niezdarnie uśmiech, a mama przyciągnęła mnie do siebie.
Nie powiedzieliśmy już ani słowa. Trzymaliśmy się w długim milczącym uścisku. Gdy nadszedł czas, kiedy zazwyczaj wysuwałem się z objęć mamy, postanowiłem, że tym razem wytrzymam może trochę dłużej.
Autorem tekstu jest Robert Tate Miller. Tekst pochodzi z książki Jacka Canfielda „Balsam dla duszy 4”.
Książki, moje inspiracje | Komentarzy (0)
Przemiana niedźwiedzia Aleksa
Budzik stojący na nocnej szafce, tuż obok łóżka, rozdzwonił się tak mocno, że nawet nieżywego by obudził. Śpiący w ciepłej pościeli gruboskóry niedźwiedź poderwał się nagle i usiadł niemal na baczność. Chwilę później dotarło do niego co się dzieje. Nie otwierając oka wymacał łapą budzik aby go wyłączyć. „O rany, jaka ta noc była krótka” – pomyślał, a następnie zaczął zwlekać się z łóżka. Przez chwilę próbował wymacać nogą swoje kapcie, jednak ich nie znalazł. „Gdzie one się podziały?” – zastanawiał się coraz bardziej zezłoszczony. W końcu wstał i na bosaka udał się do łazienki. Umył twarz i spojrzał w lustro. „Znowu muszę wstawać i szykować się do roboty! Rany jak ja tego nie znoszę”. Twarz spoglądająca na niego z lustra wydawała się smutna, zniechęcona, a może nawet zrozpaczona. „Po co ja się tak męczę, przecież i tak nie płacą mi wystarczająco dużo, za to co robię”. Po wyjściu z łazienki, ubrał się i zaczął jeść śniadanie. Jedząc kanapkę z miodem, nie dostrzegł, że spora część słodkiego specyfiku spłynęła z kanapki i wylądowała na jego krawacie. „Znowu to samo! Czy ten miód zawsze musi tak ściekać?!” Zmienił krawat, i w pośpiechu wyszedł z domu. W drzwiach potknął się o próg. „Znowu to samo” – pomyślał. „Ten próg strasznie mnie denerwuje”. Potem podreptał do pracy, aby się nie spóźnić.
To był typowy poranek niedźwiedzia Aleksa. Nie należał on do najszczęśliwszych zwierząt w okolicy. Prawdę powiedziawszy, to bez przerwy tylko narzekał i biadolił. Jego znajomi robili z resztą to samo. Mogli więc sobie ponarzekać wspólnie i często to robili. Narzekali na pracę, na to, że drzewa są zielone latem i na to, że śnieg jest biały zimą. Narzekali, że nie mają pieniędzy. Narzekali, że są nieszczęśliwi. Narzekali, że inni narzekają, i tak dalej.
Pewnego razu, Aleks wracał z pracy. Jak zwykle głowę miał pochyloną w dół, na twarzy malował się smutek, a w głowie kłębiły się myśli w stylu „zaraz się potknę o jakiś pieniek”. Nie uszedł nawet stu kroków, gdy nagle zawadził nogą o coś twardego i wywinąwszy orła w powietrzu, gruchnął na ziemię i rozciągnął się jak długi. „Pieniek, wiedziałem” – pomyślał, odwracając się za siebie. Wtem, tuż obok z prawej strony, usłyszał głośny śmiech. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał Tomka. Swojego kolegę, jeszcze ze szkoły. On również był niedźwiedziem, jednak w przeciwieństwie do Aleksa, miał dobrą pracę, wspaniały dom, rodzinę i … i był szczęśliwy.
Aleks był wściekły. Nie dość, że ten głupi pieniek pojawił się na jego drodze. Nie dość, że się o niego potknął. Nie dość, że się wywrócił. To na dodatek, wszystko to stało się na oczach Tomka. Aleks nie znosił Tomka. Nie znosił jego ciągle uśmiechniętej gęby. Nie lubił go za to, że wszystko mu się udawało. Nie potrafił znieść faktu, że jemu nic w życiu nie szło jak należy, podczas gdy Tomkowi powodziło się świetnie.
- I z czego się śmiejesz?! – zapytał wściekle przez zaciśnięte zęby. – Każdemu się zdarza wywrócić.
- Tak, ale nie każdy wywraca się codziennie. A ty leżałeś w tym miejscu i wczoraj i przedwczoraj i przedprzedwczoraj.
- Śledzisz mnie, czy co? – Aleks był wyraźnie zdziwiony. Dlaczego Tomek obserwował go, i to od kilku dni?
- Ależ skąd – Tomek ciągle nie mógł opanować śmiechu. – Po prostu, świetnie się bawię obserwując jak za każdym razem potykasz się o ten sam pieniek i jak robisz te swoje piruety, zanim gruchniesz o ziemię. Po prostu konam ze śmiechu.
- Daj mi już spokój. Znajdź sobie kogoś innego, z kogo będziesz się naśmiewał. I bez ciebie mam mnóstwo problemów. – Aleks podniósł się w końcu i zaczął się oddalać od miejsca zdarzenia.
- Zaczekaj – usłyszał za sobą głos Tomka. – Nie chciałem cię obrazić. Ta scena po prostu wyglądała komicznie i nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
Aleks szedł dalej, chcąc jak najszybciej dotrzeć do swojej chaty, gdzie będzie mógł w spokoju usiąść w wygodnym fotelu i pooglądać telewizję.
- Zaczekaj – Tomek nie dawał za wygraną. – Powiedziałeś mi, że masz mnóstwo problemów. A czy kiedykolwiek zastanawiałeś się skąd się te problemy biorą?
- Powiedziałem, żebyś dał mi spokój! Nie chcę rozmawiać z tobą o swoich problemach.
- Spójrz na siebie. Wyglądasz żałośnie. Powłóczysz nogami, garbisz się, a twoja sierść jest skołtuniona i siwa. Nie oszukujmy się wyglądasz jak dziadek, a nie jak niedźwiedź w pełni sił, jakim jesteś.
Aleks zwolnił odrobinę. W tym co mówił Tomek, było sporo prawdy. Naprawdę wyglądał kiepsko. „Ale to przecież nie jest moja wina. To wszystko przez tą robotę. Ciągle tylko problemy i problemy” – pomyślał w duchu. Nagle odwrócił się i rzekł:
- Łatwo ci mówić i pouczać mnie. Jednak nie masz pojęcia jak wygląda moje życie. Gdybyś był na moim miejscu to też byś tak wyglądał.
- Może tak, ale raczej jednak nie – odpowiedź Tomka wydała się Aleksowi nieco dziwna. – Czy zastanawiałeś się – ciągnął tamten – dlaczego jedne zwierzęta są szczęśliwe, realizują swoje marzenia i wszystko im się udaje, a inne są życiowymi nieudacznikami, jak ty?
- To kwestia szczęścia – powiedział bez zastanowienia Aleks. – Tobie się udało. Z resztą wszystko czego się nie tkniesz, zawsze ci się udaje.
- Masz rację, udaje mi się. Jednak nie ma to nic wspólnego ze szczęściem. To wynika z nastawienia.
- Z czego? – Aleks zatrzymał się w końcu i odwrócił do podążającego za nim Tomka.
- Z nastawienia. Tak się składa, że życie każdej istoty, czy to niedźwiedzia, czy innego zwierzęcia, nie ważne; życie każdej istoty podlega pewnym prawom.
- O jakich prawach mówisz? O Leśnym Kodeksie?
- Ależ skąd. Leśny Kodeks to zbiór przepisów, ustalonych wspólnie przez mieszkańców naszego lasu. Prawa o których mówię są prawami podstawowymi, jak prawa fizyki. Jak prawo grawitacji, które mówi o tym, że jabłko zawsze musi spaść na ziemię, a nie będzie unosiło się w powietrzu.
- Ale jak to prawo ma wpływać na to, że coś mi się w życiu udaje, a coś nie – chciał wiedzieć Aleks.
- Prawo grawitacji, rzeczywiście ma znikomy wpływ na nasze sukcesy. Są jednak prawa, które wpływają na nas bardzo silnie.
- Na przykład? – Aleksa wyraźnie zainteresował ten temat. Chciał dowiedzieć się jakie są te prawa, odpowiedzialne za jego nieszczęścia.
- Pierwszym z takich praw jest Prawo Przyciągania – mówiąc to Tomek usiadł sobie pod drzewem, a chwile potem Aleks rozsiadł się tuż obok niego.
- I jak brzmi to prawo? – dopytywał swojego rozmówcę, przysuwając się do niego, aby go wyraźniej słyszeć.
- Prawo Przyciągania mówi, że każdy z nas przyciąga do siebie zdarzenia, o których najczęściej myśli. Dlatego też optymiści, którzy myślą głównie o tym co może się udać, odnoszą znacznie więcej sukcesów, od pesymistów, którzy zazwyczaj rozmyślają o tym co może pójść źle – oni również dostają to o czym myślą, czyli niepowodzenia.
- Nie no! To jakieś bzdury! – wykrzyknął nagle Aleks.
- Zastanów się chwilę. Jak często myślałeś o tym pieńku, o który codziennie się potykasz? Jak często w swoich myślach widziałeś scenę w której po raz kolejny w niego uderzasz i upadasz?
- No. Muszę przyznać, że dosyć często zdarzało mi się o tym myśleć. Ale nie mogę uwierzyć w to, że moje myśli w jakiś sposób wpływają na to co wydarza się w rzeczywistości.
- To jest fakt, potwierdzony wieloma badaniami. Ci, którzy myślą pozytywnie, są szczęśliwsi i lepiej im się układa w życiu, niż tym, którzy myślą negatywnie. Zresztą co ci szkodzi spróbować.
- Spróbować, co? – Aleks był zdziwiony.
- Spróbować myśleć w ten sposób. Wyrzucić ze swojej głowy złe myśli i zastąpić je tymi szczęśliwymi i pozytywnymi.
- W sumie, nic nie stracę próbując – powiedział Aleks. – Ale czy będę potrafił tak nagle się przestawić? Czy będę potrafił zmienić swoje nastawienie?
- To może okazać się trudnym zadaniem. Jednak uważam, że warto zrobić ten wysiłek i stać się szczęśliwym niedźwiedziem. Na początek, proponuję, abyś spróbował uśmiechać się do siebie w lustrze. To naprawdę pomaga.
- No dobra, spróbuję – powiedział Aleks, a po chwili zastanowienia dodał – A dlaczego właściwie tak ci zależy, abym stał się szczęśliwym niedźwiedziem, co?
- Uważaj, Aleksie. Właśnie w twojej głowie pojawiły się negatywne myśli. To twoje przyzwyczajenie i nawyk negatywnego myślenia, każe ci uważać, że nie ma bezinteresownych zwierząt. Otóż prawda jest taka, że im więcej zwierząt jest szczęśliwszych, tym bardziej życie w lesie staje się przyjemne. Dlatego, samo pomaganie innym jest dla mnie przyjemnością.
- Dobra. Wypróbuję tę metodę i sprawdzę czy działa. Zacznę natychmiast. – To rzekłszy Aleks wstał z trawy i pożegnawszy przyjaciela, ruszył w kierunku swojej chaty.
- Życzę powodzenia – usłyszał za sobą radosny głos Tomka – Trzymam za ciebie kciuki. Uda ci się!
***
W drodze do domu Aleks sporo myślał o tym, co powiedział mu Tomek. „Rzeczywiście, moje myśli były zazwyczaj negatywne. Rzadko się uśmiechałem i częściej narzekałem niż cieszyłem się z tego co mam. A na dodatek, zazwyczaj za swoje niepowodzenia obwiniałem innych – szefa, głupi miód, czy pieniek. To śmieszne. Jak mogłem postępować w ten sposób? Sam byłem głupcem przez te wszystkie lata i dopiero rozmowa z Tokiem, niedźwiedziem, którego przez te wszystkie lata nie znosiłem, sprawiła, że sobie to uświadomiłem. Tak – najwyższa pora na zmiany”.
Tego wieczoru Aleks, zamiast jak zwykle rozsiąść się przed telewizorem, zjadł zdrowy posiłek, wziął kąpiel, wyszczotkował swoją sierść, wykonał ćwiczenia gimnastyczne na które dotychczas nigdy nie miał czasu. W końcu położył się spać. Zrobił to znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Tej nocy miał zamiar się wyspać.
Budzik stojący na nocnej szafce, tuż obok łóżka rozdzwonił się tak mocno, że nawet nieżywego by obudził. Śpiący w ciepłej pościeli gruboskóry niedźwiedź poderwał się nagle i usiadł niemal na baczność. Chwilę później dotarło do niego co się dzieje. Otworzył oczy i przeciągnął się. „O rany, jestem wyspany i czuję się świetnie. Ta noc wcale nie była za krótka.” – pomyślał, a następnie zeskoczył z łóżka. Jego nogi od razu natrafiły na pozostawione przy łóżku kapcie. „No proszę, są tam, gdzie je zostawiłem” – powiedział w duchu uśmiechając się pod nosem. Żwawym krokiem ruszył do łazienki. Umył twarz i spojrzał w lustro. „To naprawdę działa! Zapowiada się najwspanialszy dzień w moim życiu.” W lustrze ujrzał uśmiechniętą twarz należącą do zadbanego niedźwiedzia w sile wieku. Ten odnowiony Aleks uśmiechał się do niego promiennie. „Czuję się świetnie. Mam w sobie tyle energii, że mógłbym góry przenosić”. Po wyjściu z łazienki, ubrał się i zaczął jeść śniadanie. Tym razem uważał, aby miód nie spłynął z kanapki. „Wystarczyło odrobinę uwagi, aby uniknąć kolejnej plamy na krawacie” – pomyślał. Wyszedł z domu w radosnym nastroju. Uniknął potknięcia się o próg, a całą drogę do pracy przebył niemal w podskokach.
Tego dnia do pracy dotarł przed czasem. Zajął miejsce za biurkiem i zanim przystąpił do działania, uprzątnął wszystkie śmiecie. Pracowało mu się świetnie. Wszystko co robił udawało mu się. Aż jego szef, wezwał go do siebie i zaproponował mu awans na kierownika.
Kiedy Aleks wracał z pracy i z radością przeskakiwał pieniek, o który tak wiele razy się wywracał, ujrzał Tomka. Jego przyjaciel czekał na niego w tym samym miejscu, co dzień wcześniej.
- Widzę, że tym razem udało ci się go przeskoczyć. Czyżby pozytywne myślenie przyniosło jakieś rezultaty?
- Och, żebyś wiedział, że przyniosło! – zawołał do przyjaciela Aleks, a potem opowiedział mu o wszystkim co przydarzyło mu się tego dnia.
Od tej pory Aleksowi wiedzie się coraz lepiej. Zaprzyjaźnił się z Tomkiem i wiele się od niego nauczył. Zwłaszcza tego, że otaczający go świat jest znacznie lepszy niż mu się dotychczas wydawało.
Bajki na dobranoc | Komentarzy (0)














