Trombal-Bombal i biedronka
Cześć dzieciaki. Nie uwierzycie co mi się wczoraj przytrafiło. To był chyba najwspanialszy dzień w moim życiu. Jeśli chcecie posłuchać to wskakujcie do łóżek, przykrywajcie się kołderkami lub kocykami i słuchajcie.
Wczorajszy dzień zapowiadał się bardzo kiepsko. Z samego rana ubrałem się, a potem zjadłem śniadanie. Po śniadaniu odrobiłem lekcje. Miałem sporo zadane, bo chodzę już do drugiej klasy. Ale szybko się z tym uwinąłem. Potem przeczytałem jeszcze opowiadanie o tym jak słonie poleciały na księżyc. To było nawet ciekawe. Pomyślałem sobie nawet, że fajnie byłoby, gdybym i ja kiedyś poleciał na księżyc albo na jakąś planetę. Na przykład mógłbym polecieć na Marsa. Ale, żeby zostać astronautą musiałbym dbać o zdrowie, codziennie myć zęby i ograniczyć zjadanie słodyczy. Mój tata nie nadawałby się do takiej podróży. Po prostu jest zbyt ciężki. On by się pewnie nie zmieścił do żadnej rakiety. A nawet gdyby go jakość w tej rakiecie upchnęli, to rakieta zapewne nie oderwałaby się od ziemi z takim ciężarem na pokładzie. A to wszystko przez to, że mój tata nigdy nie odmawiał sobie słodyczy. No i urósł wielki niczym wieloryb, tyko lądowy.
No ale nie o tym chciałem wam dzisiaj opowiedzieć. To jest opowieść o czymś zupełni innym, choć mój tata odegra w niej ważną rolę.
A więc wracając do opowieści… Kiedy już skończyłem czytać o słoniach na księżycu, okazało się, że nie mam nic do roboty. Strasznie się nudziłem. Kręciłem się po domu jak bąk po gaciach. Właziłem w najdziwniejsze kąty, zaglądałem do szafek i do lodówki. Co chwila podjadałem jakieś smakołyki czy popijałem kompot z daktyli. Było mnie wszędzie pełno.
W końcu mój tato nie wytrzymał. Spojrzał na mnie i zapytał:
- Trombal, czy ty nie masz nic do roboty? – ton jego głosu zaniepokoił mnie. Spodziewałem się, że zaraz dostanę jakieś zadanie do wykonania. Nie wiem czemu, ale pomyślałem, że tata każe mi zmywać podłogę, albo zamiatać podwórko. Byłem przygotowany na najgorsze.
- Trochę mi się nudzi – odpowiedziałem nieśmiałym głosikiem.
I wtedy stało się coś czego najmniej się spodziewałem. Tata wstał ze swojego fotela, w którym jak zwykle czytał gazetę, podszedł do mnie, rozejrzał się po pokoju, jakby sprawdzał, czy nikt nas nie słyszy, a potem ściszonym głosem powiedział:
- A może chciałbyś pobawić się w fotografa?
- Pewnie. Ale nie mam aparatu – odpowiedziałem również szeptem.
- A może ten się nada? – tata wręczył mi prześliczny aparat fotograficzny. Nawet nie wiedziałem, że tata ma takie cacko. – Jak zrobisz jakieś super zdjęcie to je wywołamy, oprawimy, a potem powiesimy nad kominkiem, dobra?
Moje oczy zaświeciły z radości, ręce drżały mi z przejęcia, a trąba podskakiwała gdyż miała ochotę trąbić o tym całemu światu.
- Dzięki tato! Jesteś kochany. Zaraz lecę popstrykać. – Zarzuciłem trąbę na szyję taty aby mu podziękować. Potem chwyciwszy aparat, wybiegłem w podskokach na podwórko.
„Od czego by tu zacząć?” – zastanawiałem się przez chwilę. Chodziłem po całym podwórku, ale nic nie wydawało mi się na tyle niezwykłe, aby uwiecznić to na zdjęciu. Jedno zdjęcie zrobiłem mamie, która podlewała właśnie palmy w naszym ogródku. Drugie pstryknąłem swojej młodszej siostrze Irminie-Słoninie, która całymi dniami przesiadywała w piaskownicy i robiła babki z piasku. Obydwa zdjęcia wyszły mi bardzo fajnie. „Chyba mam do tego talent” – pomyślałem. – „Powinienem zostać prawdziwym fotografem. Takim, który fotografuje przyrodę”. Ten pomysł bardzo mi się spodobał. Oczami wyobraźni widziałem siebie jak odbieram prestiżowe nagrody za najlepsze zdjęcia.
„Tylko od czego by tu zacząć?” – usiadłem na chwilę na trawie i zastanawiałem się, gdy nagle na jednym z moich kłów przysiadła czerwona biedronka.
„To jest to!” – pomysłem i spróbowałem zrobić jej zdjęcie, jednak kiedy poruszyłem głową aby zrobić zbliżenie, biedronka poderwała się do lotu i odleciała. Jednak ja się tak łatwo nie poddaję. Pobiegłem za nią.
Te biedronki to nawet szybko latają, ale ja wytrwale poruszałem się za nią krok w krok, starając się, aby jej nie zgubić. Jak biedronka leciała w prawo, ja biegłem w prawo, jak biedronka skręcała w lewo, ja robiłem to samo. W końcu obydwoje się bardzo zmęczyliśmy. Ona usiadła na kwiatku, a ja przycupnąłem niedaleko niej. Byłem bardzo zmęczony. Musiałem chwilę odsapnąć. Jednak moje sapanie najwyraźniej nie spodobało się małej bożej krówce, gdyż odleciała zanim zdążyłem zrobić jej zdjęcie. Oczywiście zaraz pobiegłem za nią. Ganialiśmy się tak z pół dnia. W końcu się poddałem. Byłem tak zmęczony, ze nie miałem już siły uganiać się za tym małym czerwonym chrząszczem. Zamiast tego wróciłem do domu.
- Jak ci idzie? – zapytał tata, z wyraźnym przejęciem.
- Tak sobie. – odparłem od niechcenia. – Chciałem zrobić zdjęcie biedronce, ale ona bez przerwy mi uciekała. Jestem wykończony tym ciągłym ganianiem za nią. Zupełnie jakby się ze mną bawiła w berka.
- Fotografowanie zwierząt nie jest łatwym zadaniem – tata zrobił bardzo mądrą minę. – To zajęcie wymaga dużej cierpliwości. Najlepsi fotografowie, zaszywają się w gęstwinie, maskują się, tak aby inne zwierzęta nie mogły ich dostrzec. Potem czekają. Czekają tak długo, aż zwierzęta oswoją się z ich obecnością i zaczną traktować ich jak otoczenie, jak skały lub rośliny. Dopiero wtedy robią zdjęcia.
„A więc tak robią najlepsi?” – pomyślałem. – „Żeby być najlepszym muszę być cierpliwy? Spróbuję.”
Postanowiłem zaszyć się na łące i zaczekać na pannę biedronkę. Położyłem się na trawie i czekałem. Mój aparat był gotowy do oddania strzału. Był gotowy, aby zrobić to najpiękniejsze zdjęcie. I ja także byłem gotowy. Leżałem w bezruchu. Czekałem.
W końcu pojawiła się biedronka. Okazało się, że tata miał rację. Ona potraktowała mnie jak skałę, lub jakąś roślinę. Podfrunęła niemal tuż przed sam obiektyw i usiadła na najbliższym źdźble trawy. Siedziała tam huśtając się na liściu. A ja robiłem zdjęcie za zdjęciem. To było wspaniałe uczucie. Wiedziałem, że to dzięki cierpliwości osiągnąłem zamierzony cel. Zrobiłem swoje wymarzone zdjęcie.
Kiedy po powrocie do domu, pokazałem zdjęcia tacie, on wybrał jedno ze zdjęć biedronki i powiedział:
- To zdjęcie jest najlepszym zdjęciem biedronki jakie kiedykolwiek widziałem. Wywołamy je, oprawimy w ramkę, a potem zawiśnie nad kominkiem. A jeśli mi pozwolisz, to wyślę je na konkurs zdjęć przyrodniczych. Jestem niemal pewien, że otrzymasz za nie nagrodę lub chociaż wyróżnienie.
- To byłoby cudowne! – wykrzyknąłem z radości.
- A więc wysyłamy?
- Wysyłamy!
I tata wysłał moje zdjęcie na konkurs. Już nie mogę się doczekać jego wyników. Ciekawe czy innym spodoba się moja czerwona biedroneczka z siedmioma czarnymi kropeczkami? Może inni zakochają się w niej jak i ja się zakochałem? A wszystko dzięki mojemu tacie i jego aparatowi fotograficznemu. Nigdy nie zapomnę tego wspaniałego dnia.
Pa dzieciaki.
Kolorowych snów.
Bajki na dobranoc | Komentarzy (0)Kiciuszek – niezwykła inicjatywa
Pisałem już dwukrotnie na temat serwisu Kiciuszek. Uważam, że jest to bardzo niezwykła inicjatywa. Tego typu serwisy są bardzo wartościowe. Nie każdy rodzic może pozwolić sobie na zakup nowych ubrań dla dziecka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy posiada więcej niż jedno dziecko, a jego sytuacja materialna nie jest najlepsza.
Serwis Kiciuszek pośredniczy w wymianie ubranek pomiędzy rodzicami. Dzięki czemu rodzic może pozbyć się ubrań, z których jego dziecko już wyrosło, a na ich miejsce zamówić takie, które będą w sam raz.
Gorąco Polecam,
Sławomir Żbikowski
moje inspiracje | Komentarzy (0)Urażona duma
Cześć kochani. To ja Słoń Trombal-Bombal. Czy wiecie co to jest duma? To takie przekonanie, że jesteś w stanie coś zrobić. To takie uczucie, że potrafisz czegoś dokonać. Po prostu wiesz, że potrafisz i już. Jednak czasem okazuje się, że jednak jest inaczej. Wydawało się, że dasz radę, a w istocie się nie udało. Wtedy twoja duma może poczuć się urażona. Dzisiejsza opowieść będzie o tym, w jaki sposób moja duma została urażona. A więc posłuchajcie.
Jestem zwykłym słoniem afrykańskim i chociaż jestem jeszcze dzieckiem, to i tak wyrosłem już na sporych rozmiarów zwierzę. Na pewno jestem większy od was, a nawet od waszych rodziców. Toteż wydawałoby się, że takie duże zwierze może dokonać wielu niezwykłych czynów. I tak w istocie jest. Jednak są pewne rzeczy, które małym zwierzętom wychodzą znacznie lepiej niż nam słoniom. Ale, aby się o tym dowiedzieć i zrozumieć to potrzebowałem dostać solidną nauczkę.
Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę. Wstałem rano, zjadłem śniadanko i poszedłem na sawannę, aby pobawić się ze swoim kumplem ze szkoły niedźwiedziem Rysiem-Gumisiem. On jest bardzo sympatycznym zwierzęciem i zazwyczaj jest bardzo przyjazny. Jednak czasem, jak się na coś uprze to i osła prędzej da się przekonać niż jego. No właśnie. Wtedy Rysio uparł się, żebyśmy zrobili zawody w podnoszeniu ciężarów. Nie chciałem się w to bawić, bo to żadna frajda, jak z góry wiadomo, że się wygra. Ale, jak już wspominałem Rysio-Gumisio był bardzo uparty. Więc jak powiedział „Robimy zawody, albo idę do domu”, to wiedziałem, że prędzej wróci do domu, niż zrezygnuje z tych zawodów. No więc w końcu się zgodziłem.
Rysio zaraz zabrał się za zbieranie zawodników. Zrobił sobie megafon z liścia palmowego i biegając po całej sawannie, darł się na całe gardło:
- Ogłaszam wielkie zawody w podnoszeniu ciężarów. Każdy może wziąć udział, bez względu na swój rozmiar i siłę. Zapraszam, chętnych aby się zapisywali. Im szybciej tym lepiej.”
Zaraz też zaczęły schodzić się zwierzęta z całej okolicy. Głownie chodziło o to aby popatrzeć na widowisko, ale było też kilka zwierząt, które zadeklarowały, chęć wystartowania w zawodach. Były wśród nich żyrafa Łatka-Kanciatka, gazela Zwinka-Prażynka i szympans Fryzek-Ogryzek no i oczywiście ja słoń Trombal-Bombal. Rysio-Gumisio postanowił natomiast, że będzie sędzią, i że będzie pilnował aby wszystko odbyło się uczciwie i bez oszustw.
Okazało się, jednak, że wszyscy uczestnicy, jak tylko dowiadywali się, że będę ich rywalem, zaraz zaczynali marudzić z zamiarem wycofania się z zawodów.
Ogłosiliśmy więc naradę, podczas której ustaliliśmy, że nie będą to zwykłe zawody w podnoszeniu ciężarów, ale prawdziwy pięciobój. Uczestnicy uzgodnili, że całe zawody będą składały się z pięciu konkurencji: podnoszenia ciężarów, biegu z przeszkodami, skoku w dal, wspinaczki po linie, a ostatnią konkurencją miał być wyścig kolarski.
My słonie słyniemy z siły i wytrzymałości, dlatego nie bałem się o podnoszenie ciężarów, czy też bieganie, a i w pozostałych konkurencjach nie czułem się źle, toteż byłem niemal pewny zwycięstwa. Inni uczestnicy również zgodzili się na ogłoszone warunki zawodów i kiedy już niemal wszyscy byli gotowi do startu pojawił się jeszcze jeden zawodnik. Okazało się, że motylek Fruwacz-Zatruwacz, również chce wystartować w zawodach.
Śmiać mi się chciało, gdy go ujrzałem, jak zgłaszał Rysiowi, że chce startować. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Zwłaszcza, że wyobraziłem sobie Fruwacza, jak z wywalonym z wysiłku językiem próbuje podnieść półkilogramowy ciężarek. „On chyba sam nie wie w co się pakuje” – pomyślałem. Ale nasz regulamin zawodów nie zabraniał startu nikomu, toteż Gumisio, zapisał Fruwacza, wyjaśnił mu zasady, a potem wskazał miejsce, gdzie rozpoczną się zawody.
Zrobiliśmy krótką rozgrzewkę i przystąpiliśmy do pierwszej konkurencji. Podnoszenie ciężarów było moją najsilniejszą stroną. Toteż okazałem się bezkonkurencyjny. Drugie miejsce zajął Fryzek-Ogryzek, trzecie Zwinka-Prażynka, czwarte Łatka – Kanciatka, no i oczywiście, zgodnie z moimi przypuszczeniami, ostatnie miejsce zajął Fruwacz- Zatruwacz.
Zaraz też rozpoczęliśmy drugą konkurencję – bieg z przeszkodami. Wyniki tej konkurencji były dla mnie wielkim zaskoczeniem. Ustawiliśmy się na lini startu. Rysio-Gumisio nadmuchał papierową torebkę, a potem zaczął odliczać „trzy, dwa, jeden…” i nagle uderzył łapą w nadmuchaną torebkę, która wystrzeliwszy, dała sygnał do biegu. Ruszyłem z kopyta. Biegłem wytrwale. Jednak nie mogłem równać się z szybkonogą gazelą, która wyrwała się do przodu, jakby ją goniło stado wygłodniałych lwów. Ja również biegłem wytrwale, jednak na każdej przeszkodzie traciłem cenne sekundy. Skakanie to nie jest to, co słonie robią najlepiej. Tuż za mną biegł szympans, a żyrafie poplątały się nogi i została gdzieś daleko z tyłu. „Trudno będę drugi” – pomyślałem sobie i dalej zasuwałem do mety. Tymczasem, nawet nie zauważyłem kiedy, Fruwacz przeleciał mi gdzieś pomiędzy nogami, przefrunął obok kłów, niemal musnął skrzydłami moją owłosioną trąbę i wkrótce znalazł się przede mną. Ostatecznie do mety dotarliśmy w następującej kolejności: Zwinka-Prażynka, Fruwacz-Zatruwacz, Ja (czyli Trombal-Bombal), Fryzek-Ogryzek i na końcu Łatka-Kanciatk. Wprost nie mogłem uwierzyć, że dałem się wyścignąć motylowi.
Jednak nie było czasu na użalanie się nad sobą. Trzeba było szykować się do kolejnej konkurencji – skoku w dal.
„Teraz pokażę temu Fruwaczowi na co mnie stać” – pomyślałem w duchu.
Jako pierwsza skakała żyrafa. Stanęła na linii, z której miała wykonać odbicie. Wzięła głęboki wdech i skoczyła. Jej długie nogi sprawiły, że poszybowała całkiem daleko. Potem skakał szympans, ale jemu nie poszło tak dobrze. Za to gazela skoczyła wyśmienicie. Nadeszła więc pora na mnie. Ustawiłem się na linii, przykucnąłem. Nabrałem powietrze do płuc i hooop. Ale moje ciężkie ciało sprawiło, że wylądowałem zaledwie półtora metra od linii. „Pewnie będę ostatni” – pomyślałem, ale zaraz przypomniałem sobie, że jeszcze pozostał jeden zawodnik. – „Może to motyl zajmie ostatnie miejsce, a ja będę przedostatni.” – dodałem w myślach.
Tymczasem on ustawił się na linii startu, poderwał się i zaczął frunąć. Frunął i frunął, i frunął i frunął i… zapewne dofrunąłby do samego oceanu, gdyby nie to, że Rysio, dał mu znak, aby już wylądował.
Nieoczekiwanie zająłem ostatnie miejsce, drugi od końca był Fryzek-Ogryzek, potem Łatka-Kanciatka, Zwinka-Prażynka, a pierwsze miejsce zajął Fruwacz-Zatruwacz.
Miałem nadzieję, że podczas wspinaczki nadrobię stracone punkty. Skupiłem się mocno aby dać z siebie wszystko. Jednak ta konkurencja okazała się niezwykle trudna. Linę zawieszono bardzo wysoko, więc aby się wspiąć na sam szczyt trzeba było się mocno wysilić. Pierwsza swych sił spróbowała żyrafa, jednak zaplątała się w linę i trzeba było ją odplątywać. Akcja ratunkowa trwała dobre piętnaście minut i przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie będzie konieczne ucięcie liny. Gazeli udało się wspiąć na wysokość dwóch metrów, potem jednak nie dała rady i ześlizgnęła się po linie, sadzając tyłek na zielonej trawce. Następnym zawodnikiem był szympans. Ten ledwo chwycił linę, a już był na gałęzi. Sam nie wiem jak on tego dokonał. Zaraz po nim swoją próbę sił miałem ja. We wspinaczce na linę największym problemem jest to, że trzeba wciągnąć na górę ciężar swojego ciała, a to nie jest proste, gdy się waży tyle co słoń. Zaparłem się, nadąłem, wytężyłem wszystkie mięśnie, ale nie udało mi się wspiąć wyżej niż na czterdzieści centymetrów. Nawet trąba i jej mocny chwyt nie pomogły mi w poprawieniu tego wyniku. Wkrótce straciłem siły i podobnie jak gazela zjechałem na trawę, z wielkim wysiłkiem wypuszczając powietrze z trąby. Patrzę, a tu ten spryciarz motylek, chwyta się liny, zaczyna machać skrzydłami i za chwilę jest na gałęzi tuż obok szympansa. Co prawda nie był tak szybki jak Fryzek-Ogryzek, ale zajął w tej konkurencji drugie miejsce. Trzecia była Zwinka-Prażynka, czwarty ja, a piąte miejsce zajęła Łatka-Kanciatka.
No i nadeszła w końcu ostatnia konkurencja. Tej konkurencji bałem się najbardziej. Ostatnio na rowerze jeździłem jeszcze w przedszkolu. Potem urosłem za duży i przestałem wsiadać na rower, bo bałem się, że go zmiażdżę. Toteż jazda na rowerze nie była moją silną konkurencją. Jednak postanowiłem się nie poddawać.
Żyrafa wsiadła na rower, zrobiła jeden obrót pedałów i wywróciła się z wielkim hukiem. Gazela ruszyła na przód, ale nie szło jej zbyt dobrze, gdyż nogi co chwilę plątały jej się, a to w pedały, a to w łańcuch, a to w szprychy od koła. Ujechała może ze dwieście metrów i dalej nie była w stanie. Tym razem Fruwacz-Zatruwacz również miał problem. Bowiem nie skonstruowano jeszcze roweru tak małego, aby mógł na nim jeździć motyl.
Widząc co się dzieje sędzia Rysio-Gumisio zdecydował, że ostatnia konkurencja będzie polegała na tym, aby dotrzeć od linii startu do mety i nie ma znaczenia jakim sposobem się tego dokona.
Wszyscy się ucieszyli. Wszyscy oprócz mnie. Motyl pofrunął jak wystrzelony z armaty. Szympans skacząc z jednego drzewa na drugie, z liany na lianę, przemieszczał się do celu. Żyrafa i gazela pobiegły najszybciej jak potrafiły, a ja… Ja nie miałem już siły na dalsze biegi. Byłem wykończony. Postanowiłem więc, że wypróbuję ten rower. Wsiadłem na niego, postawiłem kopyta na pedałach i zacząłem pedałować. Miałem nie lada problem aby utrzymać równowagę. Jednak jakoś sobie radziłem. Powoli, ale posuwałem się do przodu. Wszyscy moi konkurenci dotarli już do mety, a ja nadal jechałem. Pedałowałem z wielkim wysiłkiem. Jednak o dziwo nie wywracałem się. Pod koniec dystansu, zrobiło się znacznie ciężej. Zauważyłem, że koła roweru przestały być okrągłe i stały się lekko jajowate. „A więc jestem zbyt ciężki!” – pomyślałem i chciałem się poddać. Wtedy nadleciał Fruwacz-Zatruwacz i zaczął zachęcać mnie do dalszej jazdy. „Dasz radę!, Jeszcze tylko kilka metrów!” – krzyczał mi niemal do ucha. Włączyłem przednią lampę, bo przy wieczornym blasku nie widziałem już ani drogi, ani frunącego tuż przede mną motyla. On za to, wskazywał mi najlepszą drogę i wspierał swoimi zachętami. Kiedy przetoczyłem się przez linię mety, wszystkie zebrane na sawannie zwierzęta, zaczęły wiwatować i bić brawo.
Tamtego dnia przegrałem zawody. Przegrałem z motylem, którego początkowo zlekceważyłem, a który okazał się nie tylko wytrwałym zawodnikiem, ale również świetnym trenerem i przyjacielem.
Tamtego dnia moja duma ucierpiała. Zamiast w czołówce, wśród zwycięzców, znalazłem się wśród przegranych. Jednak przy okazji nauczyłem się wielu wspaniałych rzeczy:
Po pierwsze zrozumiałem, że każdy jest inny, a przez to lepiej radzi sobie w różnych konkurencjach. Jedni są silni i mogą podnosić wielkie ciężary, a inni są leciutcy i potrafią fruwać. Jedni świetnie skaczą, a inni znakomicie pływają.
Podczas tych zawodów zrozumiałem również, że nie należy nikogo oceniać po wyglądzie. Motyl Fruwacz-Zatruwacz, nie wyglądał może na superbohatera, a mimo to wygrał zawody i pokonał znacznie silniejszych i większych przeciwników.
Od tamtej pory, Fruwacz jest moim kumplem. Zgodził się zostać moim trenerem. Pod jego czujnym okiem ćwiczę do kolejnych zawodów kolarskich. Być może wkrótce zdobędę Puchar Afryki.
Bajki na dobranoc | Komentarzy (0)Trzecia rocznica
Trzy lata temu na blogu DobryTata.waw.pl pojawił się pierwszy wpis. Wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Startowałem pełen obaw. W mojej głowie kłębiło się całe mnóstwo pytań, które nie dawały mi spokoju. oto kilka przykładów:
- „Czy poradzę sobie z tworzeniem bloga? Przecież nie wiem nic o blogach i stronach internetowych.” – Okazało się, jednak, że kiedy już zacząłem, jakoś poszło i nadal się to kręcie.
- „Czy z tak mizerną wiedzą i małym doświadczeniem, uda mi się zacząć?” – cieszę się, ze udało mi się przezwyciężyć ten lęk. Dobrze, ze nie czekałem na „odpowiedni moment”, bo zapewne to dziś bym się nie doczekał.
- „Czy to co zamierzam pisać, znajdzie odbiorców w sieci?” – Czas pokazał, że jednak tak. Są osoby, które zaglądają na blog regularnie, są też tacy, którzy odwiedzają nas sporadycznie, a także ci, którzy bywają jedynie gośćmi. Wszystkich jednak mile witam i mam ogromną nadzieję, że treści, które prezentuję są przydatne.
- Jednak najczęściej pojawiające się wówczas pytanie to: „Czy wytrwam? Czy mój blog przetrwa pierwsze pół roku? – okazało się, że jednak przetrwał, z czego bardzo się cieszę.
Dziś mijają trzy lata. Blog nadal istnieje. Cieszy się coraz większą popularnością i znajduje coraz liczniejszych czytelników, czyli Was. I to właśnie Wam moi drodzy pragnę z całego serca podziękować. Dzięki Wam to co robię nabiera sensu. To dla Was piszę swoje teksty. To dla Was i dla Waszych dzieci, zamieszczam niemal co tydzień, kolejną ze swoich bajek.
Jestem Wam niezwykle wdzięczny, że ze mną jesteście, że piszecie do mnie wiadomości, że pozostawiacie komentarze. Każda informacja zwrotna od Was jest dla mnie bardzo ważnym sygnałem, mówiącym, że to co robię, znajduje odbiorców i cieszy się zainteresowaniem.
Dziękuję z całego serca i życzę Wam i sobie, abyśmy wspólnie stawali się lepsi we wszystkim co robimy.
Pozdrawiam
Sławek Żbikowski
Droga do "Dobrego Taty" | Komentarzy (0)Wiosna w szafie dziecka
Nastała wiosna. Z każdym dniem robi się coraz cieplej. Wkrótce nadejdzie lato. A ty, zaglądasz do szafki Twojego dziecka i co widzisz? Przez zimę Twoja pociecha wyrosła z niemal wszystkich koszulek z krótkim rękawem, krótkie spodenki okazują się być za krótkie podobnie jak rękawy bluzeczki czy swetra. Jednym słowem czeka cię generalny remanent w dziecięcej szafie.
Nie ma wyjścia – bierzesz portfel i jedziesz na zakupy. Gorzej jeśli okazuje się, że nie bardzo masz z czym na te zakupy jechać. Nie oszukujmy się dziecięce ubrania nie należą do najtańszych. Trudno więc od razu pozwolić sobie na wymianę większości letnich ubrań z dziecięcej szafy. Z drugiej jednak strony, nie można ubierać dziecka w za małe ubrania.
Co począć w takiej sytuacji?
Rozwiązaniem może być wizyta w serwisie Kiciuszek
To fantastyczny serwis ułatwiający rodzicom wymianę ciuszków pomiędzy sobą.
Wejdź na Kiciuszka i zobacz jakie to proste.
Gorąco Polecam,
Sławomir Żbikowski
Droga do "Dobrego Taty", moje inspiracje | Komentarzy (0)












