Gdybym miał gitarę
Cześć dzieciaki. Kłania się wam do nóżek, wasz ulubiony słoń, czyli ja Trombal-Bombal. Chcecie posłuchać mojej nowej opowieści? Jeśli tak to zapraszam was w podróż do krainy marzeń. Tak, wcale się nie przesłyszałyście. Dziś opowiem wam o moim wielkim marzeniu. Gotowi? A więc zaczynajmy…
Lubicie muzykę? Ja lubię i to bardzo. Od maleńkiego słoniątka uwielbiałem słuchać jak mama śpiewała mi kołysanki. Kochałem także koncerty na trąbę w wykonaniu mojego taty. Odkąd sięgam pamięcią w naszym domu muzyka zawsze była obecna. Jeśli nie w postaci śpiewu mamy, lub trąbienia taty, to na pewno w tle słychać było jakieś radio, lub muzykę lecąca z jakiejś płyty. A kiedy trochę podrosłem sam zacząłem tę muzykę tworzyć. Początkowo były to jakieś dźwięki walenia trąbą w stół. Przez chwilę nawet myślałem o tym aby zostać perkusistą. Jednak okazało się, że moje bębnienie jest niebezpieczne dla otoczenia. Kiedy zaczynałem walić w bębny lub cokolwiek znajdowało się w moim pobliżu, moi rodzice wychodzili z domu lub zatykali sobie uszy wełnianymi kocami. Moje walenie było tak donośne, że kilkakrotnie nie wytrzymały szyby w oknach. Pękały jak kruchy lud pod ciężarem hipopotama. Trzecią przyczyną było to, że meble i sprzęty domowe, które traktowałem jak bębny, często nie wytrzymywały moich rytmicznych uderzeń i rozlatywały się na kawałki.
W końcu rodzice nie wytrzymali i poprosili mnie abym zaprzestał kariery perkusisty i pomyślał o innym instrumencie.
Próbowałem różnych. Grałem na trąbie, jak tata, ale nie szło mi to za dobrze. Tata twierdzi, że jestem jeszcze trochę za młody i dlatego, mam problem z wydobywaniem odpowiednich dźwięków ze swojej trąby. Tak naprawdę, to zamiast dźwięków muzyki, z mojej trąby wydobywało się jedynie pierdzenie. A w dodatku po każdej takiej próbie moja trąba była cała zapluta i musiałem ją szorować pod kranem. Dlatego też zaprzestałem dalszych prób.
Przez jakiś czas grałem na fortepianie, ale i ten instrument nie podpasował mi za bardzo. A to za sprawą mojej trąby. Nigdy nie wiedziałem co mam z nią zrobić. Kiedy grałem, wciskając kolejne sekwencje klawiszy, trąba zazwyczaj zaczynała żyć własnym życiem. Podskakiwała, podrygiwała, zupełnie jakby tańczyła do rytmu. Wcześniej czy później, ona również zaczynała grać. Nie wierzycie? Jak babcię kocham. Ona zaczynała tańczyć uderzając rytmicznie klawisz za klawiszem. W efekcie zamiast grać to co było w śpiewniku z nutami, wychodził mi zupełnie inny utwór, najczęściej taki, którego po prostu nie dawało się słuchać. Zrezygnowałem więc z gry na fortepianie, a zacząłem rozglądać się za czymś innym.
I wtedy znalazłem coś w sam raz dla mnie. To była gitara. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem jej charakterystyczne dźwięki, zakochałem się w tym instrumencie. A moja miłość do niego trwa aż do dziś. Pewnego dnia wracałem z zakupów, gdy nagle usłyszałem jakieś ciche brzdękanie. Dźwięki te bardzo mnie zaciekawiły. „Co to jest i skąd pochodzi?” – zastanawiałem się przez chwilę i poszedłem w kierunku, z którego owe dźwięki dobiegały. Wyszedłem zza i ujrzałem ulicznego grajka, który siedział na ławeczce w parku i grał na jakimś dziwnym instrumencie trochę podobnym do skrzypiec, ale większego i bez smyczka. Podszedłem bliżej i przyglądałem się grajkowi. Jego palce przeskakiwały po strunach wydobywając niezwykłe efekty dźwiękowe. Stałem jak posąg i słuchałem tej cudownej muzyki.
W Końcu grajek zauważył, że jestem nim bardzo zainteresowany. Na chwile przestał grać, zerknął na mnie i zapytał:
- Co tam młody? Podoba ci się moja gitara?
- Gitara? – zapytałem zdziwiony.
- Gitara – tu grajek uniósł swój instrument. – Chciałbyś spróbować zagrać?
Przez chwilę stałem oniemiały. Jego pytanie było dla mnie tak zaskakujące, że aż oniemiałem. W końcu udało mi się wyjąkać:
- Chętnie.
Grajek wręczył mi gitarę. Była bardzo lekka. Wziąłem ją w jedną rękę, a drugą, zgodnie z instrukcjami grajka, delikatnie szarpnąłem struny. Udało się wydobyłem z niej wspaniałe dźwięki. To było nieopisane uczucie. Stałem w parku z gitarą w ręku i wydobywałem z niej dźwięki. Trudno nazwać to muzyką, ale dla mnie były to najprzyjemniejsze odgłosy, jakie w życiu słyszałem.
Od tamtej pory marzyłem o tym, aby mieć gitarę i na niej grać. Opowiadałem wszystkim dookoła o tym co bym robił gdybym taką gitarę posiadał. Opowiadałem wszystkim o tym jak cudownie się na tym instrumencie gra i jak wspaniale brzmi wydobywana z niego muzyka. Często wyobrażałem sobie siebie siedzącego w swoim pokoju z gitarą w ręku. Oczami wyobraźni widziałem siebie grającego przeboje i śpiewającego najnowsze hity. Czułem się wspaniale i wręcz słyszałem tę muzykę.
I wiecie c się stało? Moje marzenia się spełniły. To było w Dzień Słoniątka. Spodziewałem się jakiegoś prezentu od rodziców. Byłem jednak przekonany, że będzie to nowa para kaloszy, albo czapka z daszkiem. Jakież było moje zaskoczenie gdy rodzice wnieśli futerał w charakterystycznym kształcie. Jakież było moje podekscytowanie, gdy z drżącymi rękoma odsuwałem suwak pokrowca skrywającego mój wymarzony instrument. Kiedy ją ujrzałem, ucałowałem ją ze szczęścia. Potem wyściskałem rodziców i pobiegłem grać.
Od tamtej pory minęło już wiele miesięcy jednak nie było dnia, w którym nie zagrałbym chociaż jednego kawałka. Codziennie ćwiczę, codziennie gram i zawsze zabieram gitarę ze sobą. Nigdy się nie rozstajemy. To jest po prostu miłość. Moja wielka miłość do gitary.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajki o zygzaku makłinie tam gdzie miał smoczy błysk
- gdybym miał gitarę - dzień mamy i taty
- jak narysowac zwierze grające na instrumecie
Dziwny owoc
Cześć dzieci. Z tej strony, wasz ulubieniec, słoń Trąbal-Bombal. Jeśli chcecie to opowiem wam o swojej przygodzie z dziwnym owocem. Siądźcie wygodnie, lub połóżcie się pod kołderką i posłuchajcie.
To było jakieś dwa tygodnie temu. Wybraliśmy się całą rodziną na wspólną przechadzkę. Przechadzka to taki trochę dłuższy spacer. Ja i moja rodzina bardzo często urządzamy sobie takie przechadzki bo one dobrze działają na poprawę zdrowia i kondycji. A poza tym, bardzo często, podczas tych wypraw przytrafia nam się coś zabawnego, o czym mogę później opowiadać.
A więc wybraliśmy się na przechadzkę po okolicy. Byłem tam ja, mój tata Stanisław-Słonisław, który jest największym słoniem jakiego znam. On jest tak wielki, że jak siada na trybunach podczas szkolnego meczu, to całe boisko znajduje się w jego cieniu. Była z nami również mama Kachna-Grubachna, najpiękniejsza ze wszystkich słonic w całej Afryce. Moja mama jest taka piękna, że kiedyś to nawet umieścili jej zdjęcie w gazecie. To był jakiś artykuł o potworach z Afryki, albo coś takiego. No i była z nami jeszcze Irmina-Słanina, moja młodsza siostrzyczka. Ona to jeszcze powinna chodzić w pampersach, bo czasami zdarza jej się zsikać w majtki. No ale i tak ją lubię, bo często mogę się w coś pobawić jak nie ma moich kumpli ze szkoły.
No ale miało być o dziwnym owocu. No to słuchajcie.
Szedłem sobie przez zarośla, zostawiając rodziców oraz Irminę jakieś sto metrów za sobą. I nagle natknąłem się na przedziwny owoc. Jeszcze nigdy takiego nie widziałem. Nie był to ani banan, ani ananas, nie była to pomarańcza ani cytryna, nie było to jabłko, ani gruszka, nie była to figa, ani mango. To był zupełnie nowy owoc. Zbliżyłem do niego trąbę. Pachniał wyśmienicie. Od samego początku byłem przekonany, że musi smakować wspaniale. Owoc ten był okrągły i dosyć duży. Wyglądał jak zielona piłka do koszykówki. Dotknąłem go trąbą i poczułem, że ma dosyć twardą skorupę, która pękła dopiero po silnym uderzeniu w nią. Ucieszyłem się na widok pęknięcia. Teraz mogłem wwiercić się trąbą do środka i dobrać do pachnącej i pysznej zawartości. Nacisnąłem trąbą z całej siły i po chwili udało mi się wepchnąć jej koniec do wewnątrz. Poczułem słodki soczysty miąższ wpływający wprost do mojej trąby. Stałem tak nad przedziwnym owocem i wciągałem jego soczystą zawartość przez trąbę. Była przepyszna. Kiedy wyciągnąłem trąbę z dziurki w owocu, jej koniec był cały pobrudzony czerwonymi resztkami owocu. Zajrzałem do środka dziurki i zobaczyłem, że owoc ten ma intensywną czerwoną barwę. Dostrzegłem tam jednak coś czarnego.
Teraz właśnie uświadomiłem sobie, co znajdowało się w moim prawym policzku. Przez cały czas gdy wysysałem miąższ, do mojej buzi trafiały również pestki owocu. Bezwiednie oddzielałem je od smakowitej reszty i upychałem językiem w policzku. Zastanawiałem się co zrobić z tymi pestkami i jedyny pomysł był taki, aby je wypluć.
Wziąłem jedną z pestek i językiem wepchnąłem ją do trąby. Wyciągnąłem trąbę i dmuchnąłem z całej siły. Pestka wyleciała z wielką szybkością, przeleciała ze sto pięćdziesiąt metrów i trafiła prosto w głowę Irminy, która zaczęła wachlować uszami oraz trąbą, jakby oganiała się od komarów lub bąków.
Zaraz też przyszedł mi do głowy podstępny plan. Załadowałem trąbę kolejną pestką. Wycelowałem i dmuchnąłem. Tym razem trafiłem mamę prosto w ucho. Ale miałem ubaw. Ona również pomyślała, że to bąk, bo zaczęła się wachlować uszami i nasłuchiwała czy nie dochodzi do niej jakieś dziwne brzęczenie.
Naszykowałem kolejny pocisk. Załadowałem. „Cel! Pal!” – pocisk pognał w kierunku taty trafiając go prosto w pupę. Myślałem, że umrę ze śmiechu, gdy zaczął majtać swoim króciutkim ogonkiem.
Teraz postanowiłem przejść na ogień ciągły. Wszystkie pestki jakie zmagazynowałem w policzku przepchnąłem do trąby. Wyprostowałem ją, wycelowałem i dmuchnąłem. Cała seria czarnych pocisków wyleciała z mojej trąby niczym z karabinu maszynowego. Kilka z nich nie trafiło do żadnego z celów. Jednak większość uderzyła w Irminę, mamę lub tatę. Zaskoczenie na ich twarzach było tak zabawne, ze zacząłem się tarzać ze śmiechu. Nie mogłem się powstrzymać. Aż się popłakałem. A najgorsze, że nie zauważyłem jak pozostali członkowie mojej rodziny ruszyli w moim kierunku, aby odpłacić mi pięknym za nadobne. Nim się obejrzałem znalazłem się w pułapce. Tata chwycił mnie swoją wielką trąbą, a mama złapała moją trąbę, abym nie mógł się wyswobodzić z jego uścisku.
Przez chwilę zastanawiałem się co zamierzają mi zrobić. Szybko się jednak domyśliłem. Byłem ciągnięty, a raczej niesiony wprost do błotnistej sadzawki. Kilka minut później pływałem w niej taplając się niemal po szyję w brązowym błocie. Kiedy w końcu udało mi się wydostać na brzeg, byłem cały brudny i musiałem wrócić do domu aby się wykąpać.
To była bardzo udana przechadzka. Wszyscy świetnie się bawiliśmy, a w dodatku poznaliśmy nowy owoc, który wszystkim posmakował. Od tamtej pory, niemal codziennie urządzamy wojnę na arbuzowe pestki.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- czy młodzież lubi chodzić w pampersach
- małpa z papieru
- zdjęcie deszcz na szybie na dobranoc]
Wielkie poszukiwania
Cześć dzieciaki. To znowu ja – wasz ulubiony słoń Trombal-Bombal. Dziś opowiem wam o moich wielkich poszukiwaniach i moim niezwykłym odkryciu. Jesteście gotowi? A więc zaczynajmy.
Wszystko zaczęło się wczoraj, zaraz po śniadaniu. To był dzień urodzin mojego taty Stanisława-Słonisława. Postanowiłem, że zrobię dla niego niespodziankę. Zakradłem się do jego gabinetu, usiadłem przy biurku, wyciągnąłem kartkę papieru i zacząłem rysować. Narysowałem słonko i czerwony kwiatek, duże pomarańczowe serduszko i malutkiego ptaszka. Na koniec napisałem „Tato, żyj tysiąc lat i bądź zawsze w słoniowym nastroju.” Teraz należało jeszcze znaleźć jakąś kopertę, aby włożyć do niej laurkę. Otworzyłem jedną szufladę, ale tam kopert nie było. Otworzyłem kolejną i również żadnej nie znalazłem. Kiedy otworzyłem trzecią szufladę ujrzałem coś co przykuło moją uwagę. Była to spora lupa. Zupełnie taka sama jak ta, której używał Sherlock Holmes, kiedy rozwiązywał swoje słynne zagadki kryminalne.
„Przez taką lupę można sporo zobaczyć” – pomyślałem. „A gdybym tak pożyczył sobie tę lupę i poszukał czegoś pięknego?” Nie wiem dlaczego, ale myśl ta wydała mi się najważniejszą sprawą w tamtym momencie. Pozostawiłem laurkę bez koperty na blacie biurka, a następnie dzierżąc w ręku wspaniałą lupę, pochylony tuż nad podłogą wyszedłem z gabinetu taty. Przypatrywałem się każdemu, nawet najdrobniejszemu sękowi w naszej podłodze. Podziwiałem wzory na dywanach, obserwowałem wszystko przez niezwykłe szkło powiększające.
„Jakże wspaniale wygląda świat przez takie szkiełko” – myślałem. Mimo, że przeszukałem niemal każdy milimetr podłogi w naszym domu, nadal nie znalazłem nic, o czym mógłbym z całym przekonaniem powiedzieć, że „to jest po prostu piękne”. My słonie nie poddajemy się zbyt łatwo. A ja jako typowy przedstawiciel gatunku jestem tego przykładem. Nie zniechęciłem się, tylko postanowiłem poszukać na podwórku.
Już wkrótce przemierzałem je wzdłuż i w szerz. W końcu dotarłem do ogródka mojej mamy Kachny-Grubachny. Tam natknąłem się na wspaniałe kwiatki, które oglądane przez lupę sprawiały wrażenie jeszcze bardziej kolorowych, jeszcze bardziej delikatnych, jeszcze bardziej egzotycznych, a nawet jeszcze bardziej pachnących. Wszystkie one były wspaniałe i takie naturalne, jednak wiedziałem, że to nadal nie jest „to coś”, czego szukałem. Kontynuowałem więc poszukiwania. Dotarłem na łąkę. Tam natknąłem się na kolejne znalezisko. W niewielkim gniazdku zrobionym z wyschniętej trawy znalazłem puchate piórko. Przyjrzałem się mu uważnie przez okular i dostrzegłem jego przepiękną budowę, delikatność, zwiewność, a także niespotykaną lekkość. Piórko to było wspaniałe, ale „to jeszcze nie to” – pomyślałem.
Szedłem dalej, aż wszedłem w pobliskie zarośla. Tu spostrzegłem pajęczynę utkaną z delikatnej nici. Na pajęczynie znajdowały się setki drobniutkich kropelek rosy. Dobre piętnaście minut obserwowałem ten cud natury. Przyglądałem się jak promienie słońca rozszczepiają się na poszczególnych kropelkach tańczących na pajęczynie, tworząc przy tym kolorową tęczę. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś równie wspaniałego. Byłem oczarowany i zachwycony. Zapewne siedziałbym tam i podziwiał tę pajęczynę jeszcze z pół dnia, gdyby nie fakt, że jej właściciel wyszedł nagle z ukrycia.
Uwierzcie mi lub nie, ale powiem wam jedno. Widok owłosionego pająka, z niezliczoną ilością oczu, gapiącego się na ciebie przez wielgaśną lupę, nie należy do widoków najprzyjemniejszych. Na jego widok zerwałem się z miejsca, wrzasnąłem i przestraszony pognałem w kierunku domu. Omal nie psikałem się ze strachu.
Kiedy dotarłem do domu, na ganku spotkałem moją młodszą siostrę Irminę-Słoninę. Siedziała sobie przy małym stoliku i gryzmoliła coś kredkami na kartce.
- Co tam mas? – zapytała zupełnie jak dzidziuś, wskazując na trzymaną przeze mnie lupę.
- Nie mówi się „mas” tylko masz! – poprawiłem siostrę, a ona bez najmniejszego przejęcia powtórzyła:
- Cio to jeśt?
Darowałem sobie poprawianie jej po raz kolejny. Machnąłem ręką, a następnie uniosłem lupę nieco do góry i powiedziałem:
- To jest lupa. Służy do szukania różnych rzeczy. Wziąłem ją z biurka taty.
- A cio znalazłeś? – Irmina jest bardzo ciekawska.
- Różne rzeczy, ale nadal szukam czegoś co będzie naprawdę piękne.
- Mama mówiłała, że ja jeśtem piękna – powiedziała moja siostra uśmiechając się niemądrze i kręcąc biodrami tak jakby tańczyła.
- Mama czasem mówi takie rzeczy, ale to wcale nieznaczny, że się z nią zgadzam – powiedziałem stanowczo, aby zakończyć tę rozmowę, a potem wszedłem do mieszkania. Nadal nie znalazłem niczego tak pięknego, jak bym chciał. Jednak była już najwyższa pora, a by odłożyć lupę na swoje miejsce.
Wszedłem więc do gabinetu taty i w zamyśleniu skierowałem się prosto w kierunku biurka. I wtedy zorientowałem się, że było już za późno. Mój tata siedział w swoim fotelu. „Pewnie już się zorientował, że pożyczyłem jego lupę i to bez pytania” – pomyślałem i zerknąłem spod opuszczonej głowy w jego stronę. Ku mojemu zaskoczeniu wcale nie wyglądał na zagniewanego. Wprost przeciwnie. Tata uśmiechał się, a uśmiech ten wydał mi się najpiękniejszą rzeczą jaką widziałem na całym świecie. Nie mogłem się powstrzymać. Uniosłem lupę do jednego oka i zamknąwszy drugie spojrzałem na tatę przez szkło powiększające. Tata trzymał w ręku laurkę, oglądał ją i uśmiechał się. „Tak, ten uśmiech to jest to co chciałem zobaczyć. Ten uśmiech jest najpiękniejszą rzeczą na świecie.”
- Wszystkiego najsłoniowatszego z okazji urodzin! – wykrzyknąłem zarzuciwszy tacie trąbę na szyję. Potem oddałem tacie lupę i przeprosiłem, za to, że wziąłem ją bez zapytania o pozwolenie. Na szczęście tata wcale się na mnie nie gniewał i powiedział, że mogę ją pożyczać zawsze, kiedy tylko będę jej potrzebował.
Wiecie co? Podczas tych poszukiwań odkryłem bardzo ważną rzecz. Są na świecie różne wspaniałe, wręcz cudowne rzeczy i zjawiska. Wystarczy jednak uśmiechnięta twarz kogoś bliskiego naszemu sercu, aby ujrzeć najpiękniejszą rzecz na świecie. A najważniejsze jest to, że wasze uśmiechy działają tak samo na waszych bliskich. Nigdy o tym nie zapominajcie.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- pingwinek na dobranoc
- torty maklina zygzaka
Wielka kąpiel Trombala-Bombala
Cześć dzieciaki. To ja Trombal-Bombal, wasz ulubiony słoń. Jeśli chcecie to opowiem wam o swojej wczorajszej kąpieli. A więc usiądźcie wygodnie i posłuchajcie.
Wczoraj, przez cały dzień padał deszcz. Lubię kiedy pada, bo wszędzie robią się kałuże. A kałuże mają to do siebie, że są źródłem wspaniałej zabawy. Kiedy wracałem ze szkoły do domu, postanowiłem wypróbować kilka z nich. I wiecie co? Wcale się nie rozczarowałem. Zabawa w kałużach była wyśmienita. Skakałem po nich, chlapałem dookoła, wbiegałem w najgłębsze z nich, a w jednej z kałuż to nawet upadłem na pupę.
Kiedy dotarłem do domu, byłem przemoczony do suchej nitki. Woda ściekała mi po głowie, kłach i trąbie. Cały byłem umorusany błotem, a moje ubranie wyglądało po prostu strasznie. „Mamie się to nie spodoba” – pomyślałem.
Wszedłem do przedpokoju i zauważyłem, że dom wygląda na pusty. „Czyżby mama nie wróciła jeszcze z pracy?” – zastanawiałem się przez chwilę. W mojej głowie pojawił się genialny plan. „Zaraz wrzucę ubrania do pralki, a sam wskoczę do wanny i się wykąpię. Kiedy mama wróci do domu, moje ubrania będą wyprane, a ja będę czyściutki jak nigdy.” Plan wydawał się świetny, więc zaraz zabrałem się za jego realizację. Rozebrałem się, a zdjęte ubrania wrzuciłem do pralki. Wziąłem proszek. Nigdy nie robiłem prania, więc nie za bardzo wiedziałem ile należy go użyć. „Pół opakowania powinno wystarczyć” – pomyślałem i wsypałem proszek do pralki. Zamknąłem drzwiczki i włączyłem pralkę. Zaraz do moich uszu dotarł dźwięk wlewającej się do środka wody.
Odwróciłem się do wanny. Nalałem płynu do kąpieli i odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Pobiegłem jeszcze do swojego pokoju po żaglówkę i gumową kaczuszkę, abym miał się czym bawić podczas kąpieli. Zaraz też wszedłem do wanny. Woda była wspaniała, a w dodatku, płyn i lejąca się do wanny woda sprawiły, że w wannie powstało bardzo dużo piany. Bardzo lubię pianę. Czasem jest z nią tyle samo zabawy co z kałużami.
Chwilę pobawiłem się kaczuszką, chwilę popływałem żaglowcem, ale przez cały czas nie dawała mi spokoju piana. „Co by było, gdyby piany było tak dużo, że cały bym się w niej ukrył?” – pomyślałem, a myśl ta bardzo mi się spodobała. Zaraz wziąłem się za produkcję piany. Dolałem płynu do kąpieli, zanurzyłem czubek trąby w wodzie i zacząłem dmuchać. My słonie mamy w tej kwestii ułatwione zadanie. Trąba okazuje się tu niezwykle przydatnym narzędziem do produkcji wspaniałej piany. Dmuchałem i dmuchałem, bomblowałem i bomblowałem. Byłem tak zajęty, że nawet nie zauważyłem, że nie tylko ja w tym momencie byłem producentem piany.
Połowa opakowania proszku do prania okazała się ilością nieco za dużą. Z każdym obrotem bębna pralki, powstawały niezliczone ilości kolejnych baniek. Piana zaczęła wyciekać z pralki wszystkimi możliwymi otworami, a najwięcej wydobywało się jej przez szufladkę na proszek i przez nieszczelną uszczelkę w drzwiczkach. Kiedy ja produkowałem wiaderko piany, pralka wypluwała z siebie pięć wiaderek.
W końcu udało mi się wyprodukować tyle białego puchu, że niemal cały zanurzony byłem w pianie. Zacząłem więc się w niej taplać, rzucać się w nią, rozchlapując całą wodę dookoła. Wiele radości dało mi także rozdmuchiwanie piany dookoła. Piana unosiła się w powietrzu, wirowała dookoła jak śnieg. Ona była wszędzie. I kiedy mówię wszędzie, to mam na myśli wszędzie.
Piana z mojej wanny połączyła się z pianą produkowaną w pralce i obydwie postanowiły zwiedzić nasze mieszkanie. Powoli wypełzły na korytarz. Stąd posuwały się dalej. Dotarły do kuchni, która bardzo im się spodobała, bo wpełzły na stół i na kredens i na kuchenkę. Chciały się wedrzeć nawet do lodówki, ale była szczelnie zamknięta. W końcu dotarły także do salonu i sypialni rodziców. Jedynie mój pokój zostawiły w spokoju. Może przestraszyły się bałaganu. Chociaż, kto to wie.
I kiedy już rozpełzły się po całym domu, z pracy wróciła mama. Już na progu coś ją zaniepokoiło. Być może była to wydobywająca się przez szparę w drzwiach piana, a może zasłonięte białą, piankową firanką kuchenne okno. Tego nie wiem na pewno. Wiem jednak, że coś przeczuwała, gdyż otworzyła drzwi i szybko odskoczyła w bok chowając się przed gigantyczną falą piany, która wypadła na ganek i rozlała się po podwórku.
Kiedy mama weszła do domu, złapała się za głowę. Cały dom, niemal od podłogi po sam sufit zajmowała gęsta piana. Mama szybko domyśliła się skąd piana wypływa, więc nie zwlekając wkroczyła do łazienki. Najpierw dostrzegła pianę wydobywającą się z pralki wiec czym prędzej ją wyłączyła. Potem usłyszała odgłosy taplania dochodzące z wanny. Przedarła się przez gęstą zasłonę piany i wyjrzała z niej w momencie, gdy stałem na krawędzi wanny i szykowałem się do skoku do wody. Kiedy zobaczyłem jej rozgniewaną twarz, zrozumiałem, że chyba odrobinę przesadziłem z produkcją.
- Cześć mamo – powiedziałem z wymuszonym uśmiechem. – Czyżbym zrobił trochę za dużo piany? – dodałem nieśmiało.
- Trochę za dużo, to mało powiedziane. Twoja piana jest wszędzie. Jest w przedpokoju, i w kuchni i w salonie i w sypialni, a nawet na podwórku. Nawet na suficie ją znajdziesz.
- Ale mamo, ja naprawdę nie mógłbym zrobić tyle piany.
- Może sam byś jej nie zrobił, ale pomogła ci w tym pralka.
- Pralka? – zapytałem zdziwiony. – Ale co ona miała z tym wspólnego?
- Chyba wsypałeś do niej zbyt dużo proszku do prania. W efekcie zamiast prać ubranie pomagała ci w produkcji piany. Zresztą wyjdź z wanny i sam zobacz jak wygląda nasze mieszkanie.
Wygramoliłem się więc z wanny i poszedłem za mamą. Cały dom był w opłakanym stanie. Podłogi, meble, dywany, okna, a nawet firanki i zasłonki, wszystko było do mycia lub prania.
- No to chyba się wezmę za sprzątanie – stwierdziłem, a potem chwyciłem szmatę i zabrałem się do dzieła. Zacząłem od wycierania mebli, potem umyłem podłogi. Mama pomogła mi zdjąć firanki i zasłonki, a potem uprała je wraz z moimi ubraniami. Pomogła mi również wynieść dywan, aby wysechł na dworze. Praca była mecząca i zajęła mi sporo czasu. Jednak kiedy skończyłem, mama pochwaliła mnie mówiąc:
- Nie każdy wpadłby na to, iż należy po sobie posprzątać. Ty od razu się za to zabrałeś. Jestem z ciebie dumna.
- Dzięki mamo – odpowiedziałem, a po chwili namysłu dodałem – wiesz, zazwyczaj po bardzo fajnej zabawie trzeba trochę posprzątać, ale to wcale nie oznacza, że należy rezygnować z zabawy, no nie?
- Masz rację synku. – Mama uściskała mnie trąbą.
Chwilę potem była kolacja. Mama usmażyła moje ulubione placki z daktyli. Palce lizać. Kiedy do domu wrócił tata, opowiedziałem mu całą historię mojej wielkiej kąpieli, a on pokiwał tylko głową i dodał:
- No to już teraz wiem, skąd to – tu wyjął z teczki żaglówkę i żółtą kaczuszkę – wzięło się na podwórku. Widocznie twoje zabawki wypłynęły na dwór wraz z wielką falą odpływu.
- Och, dzięki że je znalazłeś, tato! – wykrzyknąłem. – Szukałem ich wszędzie, kiedy sprzątałem łazienkę, ale nigdzie ich nie było. A to są przecież moje ulubione zabawki do kąpania.
Tata się uśmiechnął, poczochrał mnie trąbą po głowie, a potem dodał:
- Następnym razem dopilnuj, aby nie opuszczały wanny.
- Oczywiście tato, będę ich pilnował – powiedziałem, a potem zabrałem zabawki i poszedłem spać. Tej nocy śniło mi się, że siedzę w wielkiej kałuży i produkuję pianę, a inne zwierzęta ze szkoły podchodzą z wiaderkami i kupują ją ode mnie. „Niech i one mają trochę dobrej zabawy” – pomyślałem.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- torty zygzaka makłina
- całabajkaozygzaku
- duga bajka ozygzaku 2
Gdyby słonie potrafiły latać
Cześć dzieciaki. To ja wasz ulubiony słoń Trombal-Bombal. Dzisiaj opowiem wam o swoim śnie. To był niezwykły sen. Ale za nim zacznę go opowiadać, chcę wam zadać kilka pytań. Czy widzieliście kiedyś słonia? No jasne. Tak, wiem, to nie było zbyt mądre pytanie. Każde dziecko wie jak wygląda słoń. A więc powiedzcie mi jakie są najważniejsze cechy słonia.
- Słoń ma trąbę – tak zgadzam się z tym, bez dwóch zdań.
- Słoń ma kły – zgadzam się. Ja jestem słoniem afrykańskim i w mojej rodzinie zarówno mama jak i tata mają kły, ale u naszych azjatyckich krewnych kły mają tylko panowie. No ale macie rację, że kły są bardzo charakterystyczne dla słoni.
- Słoń ma duże uszy – zgadza się. Zwłaszcza jak porównamy je z waszymi uszami.
- Słonie są bardzo duże – no właśnie są bardzo duże. A jak są takie duże to także dużo ważą. Niektóre dorosłe samce mogą ważyć nawet siedem ton, czyli siedem tysięcy kilogramów. To naprawdę dużo.
Wiecie już co charakteryzuje słonie. A ponieważ ja jestem słoniem, więc wszystko to co sobie tu powiedzieliśmy o słoniach, dotyczy również mnie. I tak proszę, mam długą trąbę, którą mogę wymachiwać na wszystkie strony, którą mogę dosięgać do przedmiotów znajdujących się bardzo wysoko. Mam też kły z prawdziwej kości słoniowej. Może nie są jeszcze tak wspaniale jak kły mojego taty Stanisława-Słonisława, ani nawet jak te należące do mojej mamy Kachny-Grubachny, ale są i jestem z nich dumny. Jeśli chodzi o uszy, to naprawdę są duże, świetnie nadają się do wachlowania nimi, zwłaszcza w upalne dni. No i dochodzimy do wielkości. Ja jestem jeszcze małym słoniem, przecież chodzę dopiero do drugiej klasy. Mimo to już ważę prawie dwie tony. Jak na słonia to może nie dużo, ale w porównaniu z innymi zwierzętami, to całkiem sporo.
Pewnie zastanawiacie, się poco tak dużo gadam o tych słoniach, zamiast od razu przejść do opowiadania snu. No dobra już, dobra. Opowiadam swój sen.
Wczoraj wieczorem jak zwykle wykąpałem się w sadzawce. Umyłem trąbę, wyszorowałem kły i przebrawszy się w pidżamę położyłem się do łóżka. Potem mama przeczytała mi bajkę o ludziach (właśnie – wy macie bajki o słoniach, a my mamy bajki o was). Potem mama pocałowała mnie na dobranoc w główkę, trąbą naciągnęła kocyk aż pod samą szyję, a następnie zgasiwszy światło wyszła do swojego pokoju. Byłem zmęczony i szybko zasnąłem. Zaraz też pojawił się sen. Jak już wspominałem sen ten był bardzo niezwykły. Dookoła mnie znajdowały się wspaniałe mięciutkie, bielutkie obłoczki. Gdzie niegdzie pojawiały się błękitne plamy nieba. Na swojej twarzy czułem delikatne smaganie wiatru. Cały grzbiet ogrzewały intensywne promienie słońca. Czułem się tak jakbym był wolny od wszelkich zmartwień. Czułem się tak jakbym był lekki jak piórko. Czułem się tak jakbym unosił się w powietrzu… Ale co to? Zerknąłem w dół i daleko, daleko w dole ujrzałem zielone plamy łąk i lasów, żółte plamy pustyń, kolorowe plamki miast i… „O rany ja naprawdę unoszę się w powietrzu!” – niemal wykrzyknąłem na głos. Nagle naszła mnie okropna fala strachu. „Przecież słonie są zbyt ciężkie, aby mogły latać!” – pomyślałem i w tym właśnie momencie zacząłem spadać. Czułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Widziałem jak ziemia zbliża się do mnie z ogromną prędkością. Byłem pewien, że zaraz się z nią zderzę i wiedziałem, że nie będzie to przyjemne uczucie. Odwróciłem głowę do tyłu, aby nie widzieć jak spadam. Nagle zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Za moimi plecami dostrzegłem dwa dziwne elementy. Były dosyć duże, przezroczyste, lekko zaokrąglone na brzegach. Wyglądały jak… jak skrzydła muchy. Były jednak znacznie większe. Przyjrzałem się bardzo uważnie i dostrzegłem, że obydwa elementy są przytwierdzone do mojego grzbietu. „Przecież słonie nie mają skrzydeł!” – pomyślałem, zastanawiając się czy aby nie znikną na skutek pojawienia się tej myśli. One jednak nadal tam były. Wytężyłem swój mózg, próbując zmusić go do tego, aby zaczął nimi poruszać. Sam nie wiem jak tego dokonałem, ale najpierw jedno, a potem drugie, a potem obydwa skrzydła zaczęły się poruszać. Ich ruchy stawały się coraz szybsze i szybsze. Odwróciłem głowę aby zerknąć jak daleko jestem od upadku i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dostrzegłem, że wcale już nie spadam. Wprost przeciwnie. Ponownie zacząłem wzbijać się do góry. Leciałem coraz wyżej i wyżej.
Chwilę zajęło mi nauczenie się w jaki sposób sterować lotem. Poruszając skrzydełkami jednym szybciej, a drugim wolniej mogłem sprawiać, że całe ciało wychylało się albo w lewo, albo w prawo, w wyniku czego udawało mi się skręcać. Dodatkowo, mogłem używać swojej trąby jako naturalnego steru. Natomiast zmieniając kąt nachylenia skrzydeł w stosunku do ciała mogłem lecieć w górę lub pikować w dół. Okazało się, że sterowanie lotem wcale nie jest skomplikowane. To było wprost cudowne uczucie. Mogłem latać, mogłem fruwać jak ptak, szybować jak latawiec, zawisać w powietrzu jak helikopter. Byłem wolny i mogłem wszystko.
Zaraz też postanowiłem wykorzystać tę nowo nabytą umiejętność. Zniżyłem swój lot. Teraz frunąłem niemal tuż nad ziemią. To było wspaniałe uczucie, gdy latałem pomiędzy pniami wielkich baobabów. To było fruwanie slalomem. Czasem robiłem ósemki wokół dwóch sąsiadujących ze sobą drzew. W końcu zakręciło mi się w głowie i pomyślałem, że najwyższa pora na inną zabawę.
Wypatrzyłem z daleka niewielkiego żółtego motyla. Najciszej jak potrafiłem podfrunąłem do niego od tyłu. Dogoniłem go, a potem lecąc za nim robiłem wszystko to co robił on. To było bardzo zabawne. Jak motyl, podlatywał w górę, ja również leciałem w górę. Kiedy motyl opadał w dół, ja robiłem to samo. Jak motyl robił w powietrzu skomplikowaną pętlę, ja robiłem podobną. Świetnie się bawiłem. Jednak w końcu okazało się, że motyle mają pewną przewagę nad latającymi słoniami. W pewnym momencie motyl, usiadł na czerwonym kwiatku. Spróbowałem zrobić to samo. Podleciałem do innego kwiatka, żółtego, złączyłem swoje nogi, aby zajmowały jak najmniej miejsca. Spowolniłem ruchy skrzydełek i szykowałem się do wylądowania. Wszystko szło jak należy. Kwiatek okazał się jednak zbyt mały bym mógł się na nim zmieścić, a w dodatku jego łodyżka była zbyt słaba aby udźwignąć mój ciężar. Zamiast więc, jak motylek zawisnąć w powietrzu, na swoim kwiatuszku, zachwiałem się, wywróciłem, a w dodatku zmiażdżyłem cały kwiatek i kilka z nim sąsiadujących. Narobiłem przy tym sporego zamieszania, tak iż wystraszony motyl poderwał się do lotu i zaczął uciekać. Szybko poderwałem się na nogi, zacząłem machać skrzydełkami i biec, aby jak najszybciej wzbić się w powietrze. Jednak, kiedy tak biegłem obserwując motylka, nadepnąłem sobie na trąbę, a w efekcie zrobiłem w powietrzu potężnego fikołka i z wielkim grzmotem walnąłem w ziemię. Upadek był tak nieprzyjemny, że aż się… obudziłem.
Był słoneczny ranek. Blask wpadał do mojej sypialni przez otwarte okno. Dookoła słychać było śpiew ptaków, a na czubku mojej trąby siedział mały żółciutki motylek. Wstrzymałem oddech, aby go nie spłoszyć, ale on wkrótce poderwał się do lotu i wyfrunął na świeże powietrze, zapewne w poszukiwaniu jakiegoś kwiatka.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na swój słoniowy grzbiet. Skrzydeł nie było. „Szkoda” – pomyślałem. „Jaka szkoda, że słonie ważą tak dużo i nie mogą fruwać w przestworzach jak ptaki lub motyle”.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- mały słoń waży
- zdjecie sw stanislawa kostki gdy byl jeszcze mały obrazek dla dz ieci
- dowcip jak wygląda słoń bez trąby














