Gdyby słonie potrafiły latać
Cześć dzieciaki. To ja wasz ulubiony słoń Trombal-Bombal. Dzisiaj opowiem wam o swoim śnie. To był niezwykły sen. Ale za nim zacznę go opowiadać, chcę wam zadać kilka pytań. Czy widzieliście kiedyś słonia? No jasne. Tak, wiem, to nie było zbyt mądre pytanie. Każde dziecko wie jak wygląda słoń. A więc powiedzcie mi jakie są najważniejsze cechy słonia.
- Słoń ma trąbę – tak zgadzam się z tym, bez dwóch zdań.
- Słoń ma kły – zgadzam się. Ja jestem słoniem afrykańskim i w mojej rodzinie zarówno mama jak i tata mają kły, ale u naszych azjatyckich krewnych kły mają tylko panowie. No ale macie rację, że kły są bardzo charakterystyczne dla słoni.
- Słoń ma duże uszy – zgadza się. Zwłaszcza jak porównamy je z waszymi uszami.
- Słonie są bardzo duże – no właśnie są bardzo duże. A jak są takie duże to także dużo ważą. Niektóre dorosłe samce mogą ważyć nawet siedem ton, czyli siedem tysięcy kilogramów. To naprawdę dużo.
Wiecie już co charakteryzuje słonie. A ponieważ ja jestem słoniem, więc wszystko to co sobie tu powiedzieliśmy o słoniach, dotyczy również mnie. I tak proszę, mam długą trąbę, którą mogę wymachiwać na wszystkie strony, którą mogę dosięgać do przedmiotów znajdujących się bardzo wysoko. Mam też kły z prawdziwej kości słoniowej. Może nie są jeszcze tak wspaniale jak kły mojego taty Stanisława-Słonisława, ani nawet jak te należące do mojej mamy Kachny-Grubachny, ale są i jestem z nich dumny. Jeśli chodzi o uszy, to naprawdę są duże, świetnie nadają się do wachlowania nimi, zwłaszcza w upalne dni. No i dochodzimy do wielkości. Ja jestem jeszcze małym słoniem, przecież chodzę dopiero do drugiej klasy. Mimo to już ważę prawie dwie tony. Jak na słonia to może nie dużo, ale w porównaniu z innymi zwierzętami, to całkiem sporo.
Pewnie zastanawiacie, się poco tak dużo gadam o tych słoniach, zamiast od razu przejść do opowiadania snu. No dobra już, dobra. Opowiadam swój sen.
Wczoraj wieczorem jak zwykle wykąpałem się w sadzawce. Umyłem trąbę, wyszorowałem kły i przebrawszy się w pidżamę położyłem się do łóżka. Potem mama przeczytała mi bajkę o ludziach (właśnie – wy macie bajki o słoniach, a my mamy bajki o was). Potem mama pocałowała mnie na dobranoc w główkę, trąbą naciągnęła kocyk aż pod samą szyję, a następnie zgasiwszy światło wyszła do swojego pokoju. Byłem zmęczony i szybko zasnąłem. Zaraz też pojawił się sen. Jak już wspominałem sen ten był bardzo niezwykły. Dookoła mnie znajdowały się wspaniałe mięciutkie, bielutkie obłoczki. Gdzie niegdzie pojawiały się błękitne plamy nieba. Na swojej twarzy czułem delikatne smaganie wiatru. Cały grzbiet ogrzewały intensywne promienie słońca. Czułem się tak jakbym był wolny od wszelkich zmartwień. Czułem się tak jakbym był lekki jak piórko. Czułem się tak jakbym unosił się w powietrzu… Ale co to? Zerknąłem w dół i daleko, daleko w dole ujrzałem zielone plamy łąk i lasów, żółte plamy pustyń, kolorowe plamki miast i… „O rany ja naprawdę unoszę się w powietrzu!” – niemal wykrzyknąłem na głos. Nagle naszła mnie okropna fala strachu. „Przecież słonie są zbyt ciężkie, aby mogły latać!” – pomyślałem i w tym właśnie momencie zacząłem spadać. Czułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Widziałem jak ziemia zbliża się do mnie z ogromną prędkością. Byłem pewien, że zaraz się z nią zderzę i wiedziałem, że nie będzie to przyjemne uczucie. Odwróciłem głowę do tyłu, aby nie widzieć jak spadam. Nagle zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Za moimi plecami dostrzegłem dwa dziwne elementy. Były dosyć duże, przezroczyste, lekko zaokrąglone na brzegach. Wyglądały jak… jak skrzydła muchy. Były jednak znacznie większe. Przyjrzałem się bardzo uważnie i dostrzegłem, że obydwa elementy są przytwierdzone do mojego grzbietu. „Przecież słonie nie mają skrzydeł!” – pomyślałem, zastanawiając się czy aby nie znikną na skutek pojawienia się tej myśli. One jednak nadal tam były. Wytężyłem swój mózg, próbując zmusić go do tego, aby zaczął nimi poruszać. Sam nie wiem jak tego dokonałem, ale najpierw jedno, a potem drugie, a potem obydwa skrzydła zaczęły się poruszać. Ich ruchy stawały się coraz szybsze i szybsze. Odwróciłem głowę aby zerknąć jak daleko jestem od upadku i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dostrzegłem, że wcale już nie spadam. Wprost przeciwnie. Ponownie zacząłem wzbijać się do góry. Leciałem coraz wyżej i wyżej.
Chwilę zajęło mi nauczenie się w jaki sposób sterować lotem. Poruszając skrzydełkami jednym szybciej, a drugim wolniej mogłem sprawiać, że całe ciało wychylało się albo w lewo, albo w prawo, w wyniku czego udawało mi się skręcać. Dodatkowo, mogłem używać swojej trąby jako naturalnego steru. Natomiast zmieniając kąt nachylenia skrzydeł w stosunku do ciała mogłem lecieć w górę lub pikować w dół. Okazało się, że sterowanie lotem wcale nie jest skomplikowane. To było wprost cudowne uczucie. Mogłem latać, mogłem fruwać jak ptak, szybować jak latawiec, zawisać w powietrzu jak helikopter. Byłem wolny i mogłem wszystko.
Zaraz też postanowiłem wykorzystać tę nowo nabytą umiejętność. Zniżyłem swój lot. Teraz frunąłem niemal tuż nad ziemią. To było wspaniałe uczucie, gdy latałem pomiędzy pniami wielkich baobabów. To było fruwanie slalomem. Czasem robiłem ósemki wokół dwóch sąsiadujących ze sobą drzew. W końcu zakręciło mi się w głowie i pomyślałem, że najwyższa pora na inną zabawę.
Wypatrzyłem z daleka niewielkiego żółtego motyla. Najciszej jak potrafiłem podfrunąłem do niego od tyłu. Dogoniłem go, a potem lecąc za nim robiłem wszystko to co robił on. To było bardzo zabawne. Jak motyl, podlatywał w górę, ja również leciałem w górę. Kiedy motyl opadał w dół, ja robiłem to samo. Jak motyl robił w powietrzu skomplikowaną pętlę, ja robiłem podobną. Świetnie się bawiłem. Jednak w końcu okazało się, że motyle mają pewną przewagę nad latającymi słoniami. W pewnym momencie motyl, usiadł na czerwonym kwiatku. Spróbowałem zrobić to samo. Podleciałem do innego kwiatka, żółtego, złączyłem swoje nogi, aby zajmowały jak najmniej miejsca. Spowolniłem ruchy skrzydełek i szykowałem się do wylądowania. Wszystko szło jak należy. Kwiatek okazał się jednak zbyt mały bym mógł się na nim zmieścić, a w dodatku jego łodyżka była zbyt słaba aby udźwignąć mój ciężar. Zamiast więc, jak motylek zawisnąć w powietrzu, na swoim kwiatuszku, zachwiałem się, wywróciłem, a w dodatku zmiażdżyłem cały kwiatek i kilka z nim sąsiadujących. Narobiłem przy tym sporego zamieszania, tak iż wystraszony motyl poderwał się do lotu i zaczął uciekać. Szybko poderwałem się na nogi, zacząłem machać skrzydełkami i biec, aby jak najszybciej wzbić się w powietrze. Jednak, kiedy tak biegłem obserwując motylka, nadepnąłem sobie na trąbę, a w efekcie zrobiłem w powietrzu potężnego fikołka i z wielkim grzmotem walnąłem w ziemię. Upadek był tak nieprzyjemny, że aż się… obudziłem.
Był słoneczny ranek. Blask wpadał do mojej sypialni przez otwarte okno. Dookoła słychać było śpiew ptaków, a na czubku mojej trąby siedział mały żółciutki motylek. Wstrzymałem oddech, aby go nie spłoszyć, ale on wkrótce poderwał się do lotu i wyfrunął na świeże powietrze, zapewne w poszukiwaniu jakiegoś kwiatka.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na swój słoniowy grzbiet. Skrzydeł nie było. „Szkoda” – pomyślałem. „Jaka szkoda, że słonie ważą tak dużo i nie mogą fruwać w przestworzach jak ptaki lub motyle”.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- mały słoń waży
- zdjecie sw stanislawa kostki gdy byl jeszcze mały obrazek dla dz ieci
- dowcip jak wygląda słoń bez trąby
Morska przygoda Trombala-Bombala
Cześć dzieciaki. Jestem słoń Trombal-Bombal. Tak naprawdę to nazywam się Trombal Baloniasty, ale w szkole wszyscy nazywają mnie Trombal-Bombal. Bardzo lubię to swoje przezwisko i zawsze się nim przedstawiam nowo spotkanym kolegom i koleżankom, takim jak wy.
Dziś opowiem wam o pewnej ciekawej przygodzie. Chcecie posłuchać? A więc zaczynajmy:
Był piękny letni dzień. Słońce wisiało wysoko na niebie i przyjemnie grzało mnie w uszy. Dookoła słychać było szum fal popychanych delikatnymi powiewami wilgotnego wiaterku. Stałem za sterami swojego żaglowca i prułem fale zmierzając ku domowi. Już widziałem w oddali przystań, w której na co dzień cumuje mój żaglowiec. Już widziałem stojącą nieopodal przystani morską latarnię. Już niemal widziałem domy w portowym miasteczku.
- Zaraz będziemy na miejscu! – krzyknąłem radośnie do dwóch młodych gołębi, które przycupnęły na samym środku ciągniętego na linie koła ratunkowego. – Jeszcze kilka minut i będziemy na stałym lądzie!
W ich oczach ujrzałem błysk radości.
Pewnie zastanawiacie się skąd wzięły się te gołębie i dlaczego ciągnąłem je na linie za swoim żaglowcem? No to chyba zacznę tę opowieść od samego początku.
Tego dnia wstałem wcześnie rano. Wyszedłem z domu i ujrzałem przepiękne błękitne niebo, oraz wspaniale przyświecające słońce.
„To będzie upalny dzień” – pomyślałem. – „Lepiej pójdę popluskać się w rzece”. Wróciłem więc do domu, aby zabrać strój kąpielowy. Kiedy przetrząsałem szafę w poszukiwaniu kąpielówek i czepka nagle ukradkiem zerknąłem na wiszący w salonie obraz. Był to portret mojego dziadka. Mój dziadek Słoneasz-Bambosz był kapitanem wielkiego okrętu. Pływał po morzach i oceanach i podobno opłynął całą ziemię dookoła. Często marzę o tym, aby przeżywać różne morskie przygody jak on. „Właśnie, zamiast nad rzekę pójdę na przystań i popływam swoją żaglówką.” I jak pomyślałem tak też zrobiłem. Zabrałem z domu niezbędny zapas prowiantu, kamizelkę ratunkową i kapitańską czapkę mojego dziadka. Byłem gotowy na wielką przygodę.
Zapakowałem wszystko do żaglówki, stanąłem za sterem, podniosłem kotwicę, wciągnąłem żagiel na maszt i wypłynąłem w morze.
Nie mówiłem wam jeszcze o mojej żaglówce. Sam ją zbudowałem. Naprawdę. Mama już nie potrzebowała tej starej drewnianej balii, więc wystarczyło tylko wstawić maszt, zrobić żagiel ze starego prześcieradła, zamontować ster z kawałka deski i koło sterowe ze starego koła od roweru. To była naprawdę porządna żaglówka i w całej przystani nie było drugiej tak szybkiej i tak zwrotnej łodzi jak ona. Nazwałem ją Żaglóweczka-Bamboszóweczka, na cześć dziadka oczywiście.
Bamboszóweczka większość czasu spędzała przycumowana w przystani, ale od czasu do czasu, przy pięknej pogodzie wypływaliśmy na wspólne wyprawy. Tylko ja i ona. To były cudowne chwile.
A więc wypłynęliśmy. Zostawiliśmy za sobą stały ląd i ruszyliśmy przed siebie, na pełne morze. To było cudowne uczucie. Błękitne fale pode mną. Błękitne niebo nade mną. Wciągałem w trąbę wilgotne, pachnące morzem, słone powietrze. Oddychałem całym sobą. Nareszcie czułem się wolny. Czułem się jak te delfiny, które pojawiły się tuż przy lewej burcie Bamboszóweczki. Wyskakiwały wysoko ponad wodę, skrzeczały swoimi zawsze uśmiechniętymi pyszczkami i rozchlapywały wodę na prawo i lewo. Uwielbiam delfiny za ich radość i to w jaki sposób potrafią cieszyć się życiem. Wkrótce jednak nasze kursy się rozeszły. Delfiny popłynęły w swoją stronę, a ja w swoją.
Właśnie miałem zamiar zawrócić, gdy nagle ujrzałem jakiś dziwny ruch w wodzie. Najpierw się przestraszyłem, gdyż pomyślałem, że to jakiś rekin. Jednak zaraz sięgnąłem po lunetę. Wystarczyło jedno spojrzenie, a już wiedziałem co się dzieje. W wodzie pluskały się dwa białe ptaszki. Popłynąłem więc w ich kierunku. Myślałem, że to mewy bawią się w coś, albo wyrywają sobie jakąś zdobycz. Jednak, kiedy podpłynąłem bliżej zauważyłem, że wcale nie są to mewy, tylko dwa młode gołąbki. Zapewne miały zamiar przelecieć nad morzem, ale z jakiegoś powodu wpadły do wody. Najszybciej jak potrafiłem ruszyłem im na ratunek. Podpłynąłem najbliżej jak mogłem i rzuciłem w ich kierunku koło ratunkowe. Obydwa gołębie wdrapały się na nie i od tej pory były już bezpieczne.
Miałem racię, lot przez morze okazał się dla gołąbków zbyt wyczerpujący. Obydwa straciły siły i przez to wpadły do wody. Zapewne wkrótce utonęłyby, albo stałyby się pokarmem dla rekinów, ale na szczęście ja i Bamboszóweczka pojawiliśmy się w samą porę.
I tak oto dotarliśmy do momentu, gdzie uprzednio skończyłem.
Już widziałem w oddali przystań, w której na co dzień cumuje Bamboszóweczka. Już widziałem stojącą nieopodal przystani morską latarnię. Już niemal widziałem domy w portowym miasteczku.
- Zaraz będziemy na miejscu! – krzyknąłem radośnie do rozbitków. – Jeszcze kilka minut i będziemy na stałym lądzie!
- To wspaniale! – wykrzyknął jeden z ptaków.
- O tak – dodał drugi. – Ja już mam dosyć tej wilgoci, soli, i kołysania. Robi mi się od tego niedobrze.
- Oj to są chyba objawy choroby morskiej – zauważyłem z poważną miną znawcy. – Ale jak już mówiłem zaraz będziemy na lądzie i wszystko wróci do normy.
- Mam taką nadzieję – odparł chorowitek.
Właśnie dobijaliśmy do przystani. Bamboszóweczka płynęła sama, jakby znała drogę do swojego stałego miejsca cumowania. Ja szykowałem się do spuszczenia kotwicy, gdy nagle…
…usłyszałem głos mamy:
- Trombal, kończ już tę zabawę w sadzawce i chodź na obiad!
Natychmiast poczułem burczenie w brzuchu. Wysiadłem z balii i brodząc w wodzie po kostki ruszyłem do domu. Bamboszówka została na środku sadzawki. Tuż za nią spoczywało przywiązane sznurkiem koło ratunkowe, z dwiema kukiełkami przypominającymi ptaki.
- Mamo, mówiłem ci, że to nie jest żadna sadzawka, tylko morze! – rzuciłem pouczającym tonem, kiedy szliśmy razem w kierunku jadalni. – Delfiny obrażą się na ciebie jak jeszcze raz tak nazwiesz ich dom.
- No tak, masz rację. Biedne delfiny z opony od hulajnogi, mogą tego nie przeżyć. – Mama położyła trąbę na sercu i dodała – obiecuję, że już nigdy nie nazwę naszej przydomowej kałuży sadzawką. Od dzisiaj jest to Morze Sadzawkowe.
Ach ta mama ona zawsze sobie żartuje.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- morska przygoda
- bajka makłin
- trombal
Bajka o słoniach
Cześć dzieciaki. Opowiem wam dzisiaj o swojej rodzinie i o pewnej przygodzie jaka nam się przytrafiła. No ale najpierw się wam przedstawię, przecież jestem dobrze wychowanym słoniem. Nazywam się Trombal Baloniasty, ale moi kumple nazywają mnie Trombal-Bombal. Wraz z kumplami, dla każdego znajdujemy jakieś śmieszne przezwisko. Ja jestem Trombal-Bombal, mój najlepszy kolega to niedźwiadek Rysio-Gumisio, a w naszej paczce są jeszcze królik Batek-Szczerbatek, oraz sarenka Łatka-Facjatka. No ale nie o swoich kumplach miałem wam dzisiaj opowiadać, tylko o sobie i swojej rodzince. Ja chodzę do szkoły. Jestem już w drugiej klasie i chyba niedługo będę dorosły. Już teraz wydaje mi się, że wiem więcej niż starszy ode mnie o pięć lat kuzyn Boton-Pięcioton. No ale wróćmy do opowieści o mojej rodzinie.
To jest moja mama. Moja mama nazywa się Kachana-Grubachna Baloniasta. Ale zazwyczaj ja mówię na nią po prostu Grubachna, albo jeszcze prościej – mamo. Moja mama jest bardzo ładna. Ma cztery zgrabniutkie nóżki, wielkie uszy, długie bialuteńkie kły i wspaniałą mięciutką, lekko owłosioną trąbę. Mogłaby startować w wyborach miss. Lubię swoją mamę, bo zawsze opowiada mi ciekawe historie ze swojej młodości. Kiedyś opowiedziała mi o tym jak kąpała się w stawie wraz ze swoją siostrą, ciocią Banią-Kochanią. W pewnym momencie ciocia wzięła w trąbę trochę błota i rzuciła nim w mamę. Mama zrobiła to samo: zagrzebała trąbą w błotnistym podłożu i chwyciła sporą porcję. Potem zrobiła trąbą solidny zamach i obrzuciła ciocię błotem od czubka głowy, po sam ogon. I tak zaczęła się wielka błotna wojna. Co chwila jedna z nich łapała w trąbę porcję błota lub kępę trawy wraz z korzeniami i ciskała w kierunku siostry. I tak się rzucały i rzucały, aż w końcu nawet przestały patrzeć czym rzucają. W pewnym momencie moja mama złapała coś w trąbę i nie zastanawiając się cóż to może być, zamachnęła się i z całej siły rzuciła w kierunku cioci. Jakież było ich zdziwienie gdy na grzbiecie cioci Bani wylądował wielki aligator. Obie wraz z mamą uciekały stamtąd tak szybko, że aż się za nimi kurzyło.
Taka właśnie jest moja mama.
A to jest mój tato. On ma na imię Stranisław-Słonisław Baloniasty. Mój tata jest chyba najgrubszym słoniem, a może i najgrubszym zwierzęciem w całej okolicy, albo nawet na całym świecie. Waży tyle co ja, mama, moja siostra i ciocia Bania razem wzięci. On jest naprawdę potężny. Od niedawna to nawet do kina go nie wpuszczają. A to dlatego, że ostatnim razem, nie dość, że zajął aż dziewięć miejsc, to na dodatek wszystkie połamały się pod jego ciężarem. Mimo, że film był dosyć smutny, wszyscy widzowie pękali ze śmiechu, gdy patrzyli jak mój tato próbuje się pozbierać z pokrytej szczątkami krzeseł podłogi. Jednak każde, krzesło którego próbował się podtrzymać, aby wstać łamało się i tata znów padał jak wielgachny placek na podłogę. To było dosyć zabawne. Wszyscy uśmiali się do łez, ale w końcu przyjechał dźwig, wyciągnęli tatę z kina i dali mu zakaz wstępu. Szkoda, bo w tym kinie leciały fajne filmy.
No i jest jeszcze moja młodsza siostra.
Tak to właśnie ona. Ma na imię Irmina-Słonina Baloniasta. Słonina nie chodzi jeszcze do szkoły. Ona jest jeszcze przedszkolakiem. Tak naprawdę to do tej pory dłubie sobie językiem w trąbie i wyjada baby, a na dodatek wciąż obgryza kopytka. Tak ona jest jeszcze dzidziusiem. Gdyby miała kciuki jak wy, to na pewno by je jeszcze ssała. Kiedyś to nawet chciała w pampersie iść do przedszkola. Na szczęście mama przekonała ją, że jest już za duża, aby chodzić po ulicach w pampersach. No, ale mimo wszystko, lubię ją trochę. Czasem fajnie się bawimy. Na przykład w chowanego. Ona prawie zawsze chowa się do szafy i łatwo ją znaleźć.
No to już znacie moją rodzinkę. Nie jest to może najwspanialsza rodzina pod słońcem, ale ja na pewno nie zamieniłbym jej na nic innego. Uważam, że taka rodzina to prawdziwy skarb.
No ale miałem opowiedzieć również o naszej wspólnej przygodzie. Otóż było to kilka tygodni temu. Tata wrócił do domu w niezwykle radosnym nastroju. Zamiast jak zwykle, od razu zajrzeć do garnków, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, rozsiadł się na kanapie i nic nie mówił. Wszystkich nas bardzo zdziwił, więc zaraz zebraliśmy się wokół niego i zaczęliśmy wypytywać „co też mu się stało?”, „czemu jest taki uradowany?” i „czy aby na pewno dobrze się czuje?”. To była tylko taka gra. Tata chciał, abyśmy go wypytywali jak najdłużej, ale nie wytrzymał długo. W końcu uśmiechnął się jeszcze bardziej, przez co wyglądał jak uzbrojony w uszy i sterczącą trąbę, gigantyczny, chodzący uśmiech, a potem powiedział nam co się stało: ”Od jutra mam urlop. Postanowiłem, że pojedziemy na wakacje”. Wszyscy zaczęliśmy się cieszyć. Mama ściskała tatę za szyję swoją trąbą i dawała mu buziaki – feeee! Ja podskakiwałem ze szczęścia, aż cały dom zaczął się trząść. Nawet Słonina podskakiwała i się cieszyła, choć tak naprawdę wcale nie wiedziała co to są wakacje.
- A gdzie pojedziemy kochanie? – zapytała po chwili mama.
- No jak to gdzie? Za granicę!
- Do ciepłych krajów? – zapytała Słonina.
- No coś ty, przecież my mieszkamy w ciepłych krajach! – pouczyłem siostrę.
- No to do zimnych? – nalegała moja niemądra siostra. Ale ku wielkiemu zdziwieniu, mama podłapała ten temat i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, wykrzyknęła:
- Tak jedźmy do zimnych krajów. Na przykład do Polski.
Dalszej dyskusji nie było. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć ten daleki i egzotyczny kraj, w którym mieszka kuzyn taty, wujek Zenek-Bambaryła. Wujek zawsze przysyła nam pocztówki z życzeniami na święta i często opisuje jak ciekawe jest życie cyrkowca.
No więc postanowiliśmy pojechać do Polski. Jednak wkrótce okazało się, że kraj ten znajduje się znacznie dalej od Afryki, niż się nam wydawało. Zaraz też pojawiły się kolejne problemy:
Po pierwsze nie mogliśmy polecieć samolotem, bo żaden samolot nie oderwałby się od ziemi z tatą na pokładzie.
Po drugie nie mogliśmy pojechać pociągiem, bo tata w żadnym pociągu by się nie zmieścił.
Z tego samego powodu odpadały także autobus, oraz samochód.
W grę wchodził statek morski, ale ten płynąłby do Polski pięć tygodni, a tata miał tylko dwa tygodnie urlopu.
W końcu postanowiliśmy pójść na piechotę.
Pierwszego dnia spakowaliśmy prowiant, ubrania, namioty i wszystko to co mogło się przydać podczas wyprawy. Tata zakupił różne mapy, a nawet okrągły globus. Na globusie Polska wydawała mi się taka maleńka, że chyba mucha byłaby większa. No ale przynajmniej odległość od nas do Polski wydawała się bardzo mała.
No więc następnego dnia z wielkim zapałem ruszyliśmy w drogę. Szliśmy najszybciej jak się dało. Jednak palące bez przerwy słońce sprawiało, że bardzo się męczyliśmy. Pot ciekł mi po głowie i całymi strumieniami spływał za uszami. To samo działo się z mamą. Tylko Słonina biegała w kółko, podskakiwała i bez przerwy się cieszyła. Zachowywała się zupełnie tak, jakby czerpała energię z kosmosu, czy coś podobnego. Jednak najgorzej radził sobie tata. Człapał coraz wolniej i wolniej. Aż w końcu, pod wieczór, kiedy dotarliśmy nad brzeg jeziora, tata wszedł do wody i padł na dno jak nieżywy. Tej nocy tata nie czół się dobrze. Aby odzyskać siły potrzebował dużo zjeść. A kiedy rano się obudziliśmy, okazało się, że tata zjadł wszystkie zapasy przeznaczone na całą wyprawę. Nie mieliśmy żywności, a więc kontynuowanie wyprawy przestało mieć sens.
I tak zakończyła się nasza wycieczka do Polski. Może jeszcze kiedyś ją zobaczę. Ale tym razem nie było mi to dane.
Chociaż nie dotarliśmy do celu, a nawet nie uszliśmy dalej niż dziesięć kilometrów od domu, to i tak była to najwspanialsza rodzinna wyprawa. Byliśmy razem i świetnie się bawiliśmy. Tata też miło wspomina tę wyprawę. Powiedział ostatnio, że „jeśli kiedykolwiek wpadnie mu do głowy kolejny wyjazd to mamy go utopić w kałuży”.
Już sobie to wyobrażam, a wy
?
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- zygzak makłin
- bajka o słoniach
- BAJKA BALI
Bajka o Zygzaku McQueenie 2
Moi synowie prosili, abym koniecznie opowiedział im kolejną opowieść o Zygzaku McQueenie. A ponieważ mnie nie trzeba długo namawiać, więc opowiedziałem:
Była cicha wigilijna noc. Za oknem, w blasku księżyca widoczne były jedynie spadające z nieba i niesione podmuchami wiatru, płatki śniegu. Cała okolica pogrążona była we śnie. W mieszkaniu panowała ciemność. Słychać było jedynie oddechy śpiących domowników oraz tykanie ściennego zegara. Wszyscy pogrążeni byli we śnie, gdy nagle… Z kuchni zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy. Zerwałem się z łóżka, aby sprawdzić co się dzieje. „Najwyraźniej piec się popsuł” – pomyślałem, gdyż z jego wnętrza dochodziły odgłosy przypominające zgrzytanie metalu o metal. „Niedobrze” – pomyślałem zmartwiony – „Święta, a tu taka awaria.”
Już miałem wyłączyć piec z kontaktu, gdy nagle usłyszałem, że hałas jakby przeniósł się ze środka pieca, do rury kominowej. Zacząłem nasłuchiwać uważniej. Nie myliłem się. Zgrzytanie wyraźnie przesuwało się w górę – coraz wyżej i wyżej. W końcu hałas ucichł. Odsapnąłem na moment, ale wciąż zastanawiałem się co też to mogła być za dziwna usterka, która najpierw tak nagle się pojawiła, a potem w tak dziwny sposób uszła przez komin.
Właśnie miałem zamiar wrócić do łóżka, gdy ponownie usłyszałem niepokojące dźwięki. Tym razem był to jakiś rumor dochodzący z kanału wentylacyjnego. Dźwięk ten, z każdą chwilą, nasilał się i stawał coraz głośniejszy. Ze strachem patrzyłem na kratkę wentylacyjną, ręką szukając czegoś czym mógłbym się bronić przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
Nagle kratka poruszyła się. Przez chwilę coś, albo ktoś nią poruszał. Aż w pewnym momencie wypadła z otworu i z hukiem upadła na kuchenny blat. W dziurze natomiast ujrzałem coś czerwonego. Przetarłem oczy. Był środek nocy, wigilia, coś czerwonego, próbuje dostać się do mieszkania przez komin od pieca, a kiedy mu się nie udaje, włazi przez komin wentylacyjny. To nie mógł być nikt inny, tylko… Święty Mikołaj. Nie miałem pojęcia co mam robić. Czy położyć się do łóżka i udawać, że śpię, czy czekać na tego miłego staruszka i przywitać go w naszym domu jako wyczekiwanego gościa? Nie miałem zielonego pojęcia co począć. Raz jeszcze spojrzałem na czerwoną plamę wyłażącą z dziury i… „Rany” – pomyślałem – „To wcale nie jest żaden Święty Mikołaj”. To coś owszem było czerwone, ale ani nie miało nóg z czarnymi butami, ani nie miało białej brody, a na dodatek, było metaliczne i połyskujące. Szybko włączyłem światło i… Ujrzałem czerwoną karoserię z żółtymi błyskawicami po bokach.
- McQueen? Co ty tu robisz? – wykrzyknąłem od razu.
- Cześć Sławek! Chciałem ci zrobić niespodziankę. I przynieść po kryjomu prezenty. Ale chyba za wcześnie wpadłem, bo ty jeszcze nie śpisz.
- Wyobraź sobie, że spałem, ale obudził mnie jakiś hałas.
- Naprawdę? Ja nic nie słyszałem. – Zygzak zrobił minę niewiniątka. – A tak przy okazji, twój komin jest jakiś przytkany. W ogóle nie mogłem się przez niego przecisnąć.
- Wyobraź sobie, że wciskałeś się do pieca gazowego, a nie do kominka. – odpowiedziałem z narastającą złością.
- A! To sporo wyjaśnia. – Powiedział McQueen jakby nigdy nic. – No ale gdzie masz swoją choinkę, bo nie mam czasu. Zostawiam prezenty dla chłopaków i frunę dalej.
I tak też zrobił. Zostawił paczuszki pod choinką i znowu zaczął się wdrapywać do wentylacji.
- Jak wyjedziesz przez drzwi, to będzie ci łatwiej. – powiedziałem wskazując ręką w kierunku wyjścia.
- No tak, masz rację. – Zygzak podjechał do drzwi i wywalił je z zawiasów myśląc, że otwierają się do góry jak drzwi od garażu. Potem przeprosił za szkody, przybiliśmy sobie piątki i odjechał.
Zanim się położyłem musiałem jeszcze naprawić zawiasy i wstawić drzwi z powrotem. W końcu jednak poszedłem spać.
- A my się nie obudziliśmy, jak był u nas Zygzak? – zapytał jeden z moich chłopców.
Nie. Wy spaliście jak susełki. Dopiero rano wpadliście do salonu i zobaczyliście prezenty pod choinką. No i wtedy dopiero się zaczęło. Podarki od McQueena były naprawdę niezwykłe.
Prezent Kacpra był ogromny. Ledwo mieścił się pod choinką. Odpakował wielkie pudło, a w środku było kolejne. Rozpakował i to, a w nim znajdowało się jeszcze jedno. I tak rozpakowywał pudło za pudłem, aż w końcu pozostało malutkie pudełeczko, takie w jakich wręcza się narzeczonej pierścionek zaręczynowy. Otworzył je, a z pudełka wyskoczył prawdziwy helikopter, który ledwo się zmieścił w naszym domu.
Jednak jeszcze większy problem miał ze swoim prezentem Szymon. Dostał on maleńkie pudełeczko. Trochę zrobiło mu się żal, że Kacper ma takie wielkie pudło, a on takie maleńkie. No ale w końcu je odpakował. Pamiętam jego minę, gdy znalazł wewnątrz malutki orzeszek laskowy. Miał zamiar wyrzucić go w kąt. Jednak nie zrobił tego. Poszedł po tłuczek do mięsa i rozbił skorupkę. Jakież było jego zdziwienie, gdy w środku znalazł orzech włoski. Znowu rozbił skorupkę, a w środku znajdował się orzech kokosowy. Walił tym swoim tłuczkiem i walił, ale orzech nawet nie drgnął. W końcu pobiegł po piłę do drzewa, aby go przepiłować. Jednak, kiedy mu się w końcu udało, okazało się, że w środku znajduje się jeszcze większa kula. Tym razem nie pomogła ani piła, ani nawet piła spalinowa. W końcu musiał wezwać na pomoc walec drogowy. Pod jego ciężarem kulka w końcu pękła. A w środku Szymon znalazł swój wymarzony prezent. Śnił o nim od lat, aż tu nagle znalazł się w tej wielkiej kuli.
To były niezapomniane święta z Zygzakiem McQueenem.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajka o zygzaku
- zygzak mcqueen bajka
- bajki zygzak 2
Szymonek i Kacperek
Kolejny debiut. Tym razem spróbowałem swoich sił w pisaniu wierszyków dla dzieci. Oto dwa z nich:
Szymonek
Nad Szymona trudno w lesie,
Znaleźć bardziej dzielne zwierzę.
Już po kniejach wieść się niesie,
W którą ja w całości wierzę.
Że się Szymon z zającami
Już szykuje od godziny,
Aby wielki z jagodami,
Upiec placek pyszny z dyni.
Już z pszenicy mielą mąkę,
Już przez sito przesiewają,
Przeczesują całą łąkę,
Ptasie jajka zabierają.
Jajka z miodem ucierają,
Mąkę na to później prószą.
Bardzo przy tym się starają
By nie podjeść nazbyt dużo.
Ugniatają i mieszają,
Ubijają, uklepują.
Tu rodzynki pododają,
Tam je cukrem podsypują.
Tu poliżą, tam spróbują
Łapki w ciasto swe ładują.
Do foremki je wkładają
I już upiec zamiar mają!
Ale cóż to? – Brak piecyka!
Nawet Szymon mądra głowa,
Choćby myślał jak ta sowa,
Nie zbuduje go z patyka.
I tak z placka nici wyszły,
Więc gdy koty w goście przyszły,
Zjadły ciasto nie pieczone
Tylko cukrem pobielone.
Potem brzuchy je bolały,
Na Szymona krzyczeć chciały.
Lecz Szymona już nie było,
Coś po głowie mu chodziło.
Już się Szymon z niedźwiedziami,
Będzie bawił zapałkami.
Kacperek
Jedzie Kacper na rowerze,
Na wybojach podskakuje,
W prawo, w lewo balansuje
I zakręty ostre bierze.
Nagle wzbija się w powietrze,
Już wzlatuje ponad drzewa
I jak ptak fruwając śpiewa
Gdy unosi się na wietrze.
To już rower nie jest wcale.
To samolot jest wspaniały.
Przed pilotem kokpit cały,
Mruga światełkami stale.
Kacper ciągnie wiec za stery
I samolot mknie do góry.
Już przecina białe chmury,
Już się wyrwał z atmosfery.
Czy samolot tak potrafi?
Zapytacie moi mili.
Przecież Kacper się nie myli!
On już tego nie zostawi!
Już rakiety z cichym trzaskiem
Wybudował całkiem nowe.
Już silniki rakietowe
Jarzą się błękitnym blaskiem.
Mknie Kacperek ku planetom,
Mknie ku gwiazdom, galaktykom.
Jakby jechał gwiezdną bryką,
Co nie śniła się facetom.
Gdy się taki dar posiada
Coś zbudować? – prosta sprawa,
Ważna przecież jest zabawa.
Bo nasz Kacper KLOCKI składa!
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajki dla szymonka















