Dziwny owoc
Cześć dzieci. Z tej strony, wasz ulubieniec, słoń Trąbal-Bombal. Jeśli chcecie to opowiem wam o swojej przygodzie z dziwnym owocem. Siądźcie wygodnie, lub połóżcie się pod kołderką i posłuchajcie.
To było jakieś dwa tygodnie temu. Wybraliśmy się całą rodziną na wspólną przechadzkę. Przechadzka to taki trochę dłuższy spacer. Ja i moja rodzina bardzo często urządzamy sobie takie przechadzki bo one dobrze działają na poprawę zdrowia i kondycji. A poza tym, bardzo często, podczas tych wypraw przytrafia nam się coś zabawnego, o czym mogę później opowiadać.
A więc wybraliśmy się na przechadzkę po okolicy. Byłem tam ja, mój tata Stanisław-Słonisław, który jest największym słoniem jakiego znam. On jest tak wielki, że jak siada na trybunach podczas szkolnego meczu, to całe boisko znajduje się w jego cieniu. Była z nami również mama Kachna-Grubachna, najpiękniejsza ze wszystkich słonic w całej Afryce. Moja mama jest taka piękna, że kiedyś to nawet umieścili jej zdjęcie w gazecie. To był jakiś artykuł o potworach z Afryki, albo coś takiego. No i była z nami jeszcze Irmina-Słanina, moja młodsza siostrzyczka. Ona to jeszcze powinna chodzić w pampersach, bo czasami zdarza jej się zsikać w majtki. No ale i tak ją lubię, bo często mogę się w coś pobawić jak nie ma moich kumpli ze szkoły.
No ale miało być o dziwnym owocu. No to słuchajcie.
Szedłem sobie przez zarośla, zostawiając rodziców oraz Irminę jakieś sto metrów za sobą. I nagle natknąłem się na przedziwny owoc. Jeszcze nigdy takiego nie widziałem. Nie był to ani banan, ani ananas, nie była to pomarańcza ani cytryna, nie było to jabłko, ani gruszka, nie była to figa, ani mango. To był zupełnie nowy owoc. Zbliżyłem do niego trąbę. Pachniał wyśmienicie. Od samego początku byłem przekonany, że musi smakować wspaniale. Owoc ten był okrągły i dosyć duży. Wyglądał jak zielona piłka do koszykówki. Dotknąłem go trąbą i poczułem, że ma dosyć twardą skorupę, która pękła dopiero po silnym uderzeniu w nią. Ucieszyłem się na widok pęknięcia. Teraz mogłem wwiercić się trąbą do środka i dobrać do pachnącej i pysznej zawartości. Nacisnąłem trąbą z całej siły i po chwili udało mi się wepchnąć jej koniec do wewnątrz. Poczułem słodki soczysty miąższ wpływający wprost do mojej trąby. Stałem tak nad przedziwnym owocem i wciągałem jego soczystą zawartość przez trąbę. Była przepyszna. Kiedy wyciągnąłem trąbę z dziurki w owocu, jej koniec był cały pobrudzony czerwonymi resztkami owocu. Zajrzałem do środka dziurki i zobaczyłem, że owoc ten ma intensywną czerwoną barwę. Dostrzegłem tam jednak coś czarnego.
Teraz właśnie uświadomiłem sobie, co znajdowało się w moim prawym policzku. Przez cały czas gdy wysysałem miąższ, do mojej buzi trafiały również pestki owocu. Bezwiednie oddzielałem je od smakowitej reszty i upychałem językiem w policzku. Zastanawiałem się co zrobić z tymi pestkami i jedyny pomysł był taki, aby je wypluć.
Wziąłem jedną z pestek i językiem wepchnąłem ją do trąby. Wyciągnąłem trąbę i dmuchnąłem z całej siły. Pestka wyleciała z wielką szybkością, przeleciała ze sto pięćdziesiąt metrów i trafiła prosto w głowę Irminy, która zaczęła wachlować uszami oraz trąbą, jakby oganiała się od komarów lub bąków.
Zaraz też przyszedł mi do głowy podstępny plan. Załadowałem trąbę kolejną pestką. Wycelowałem i dmuchnąłem. Tym razem trafiłem mamę prosto w ucho. Ale miałem ubaw. Ona również pomyślała, że to bąk, bo zaczęła się wachlować uszami i nasłuchiwała czy nie dochodzi do niej jakieś dziwne brzęczenie.
Naszykowałem kolejny pocisk. Załadowałem. „Cel! Pal!” – pocisk pognał w kierunku taty trafiając go prosto w pupę. Myślałem, że umrę ze śmiechu, gdy zaczął majtać swoim króciutkim ogonkiem.
Teraz postanowiłem przejść na ogień ciągły. Wszystkie pestki jakie zmagazynowałem w policzku przepchnąłem do trąby. Wyprostowałem ją, wycelowałem i dmuchnąłem. Cała seria czarnych pocisków wyleciała z mojej trąby niczym z karabinu maszynowego. Kilka z nich nie trafiło do żadnego z celów. Jednak większość uderzyła w Irminę, mamę lub tatę. Zaskoczenie na ich twarzach było tak zabawne, ze zacząłem się tarzać ze śmiechu. Nie mogłem się powstrzymać. Aż się popłakałem. A najgorsze, że nie zauważyłem jak pozostali członkowie mojej rodziny ruszyli w moim kierunku, aby odpłacić mi pięknym za nadobne. Nim się obejrzałem znalazłem się w pułapce. Tata chwycił mnie swoją wielką trąbą, a mama złapała moją trąbę, abym nie mógł się wyswobodzić z jego uścisku.
Przez chwilę zastanawiałem się co zamierzają mi zrobić. Szybko się jednak domyśliłem. Byłem ciągnięty, a raczej niesiony wprost do błotnistej sadzawki. Kilka minut później pływałem w niej taplając się niemal po szyję w brązowym błocie. Kiedy w końcu udało mi się wydostać na brzeg, byłem cały brudny i musiałem wrócić do domu aby się wykąpać.
To była bardzo udana przechadzka. Wszyscy świetnie się bawiliśmy, a w dodatku poznaliśmy nowy owoc, który wszystkim posmakował. Od tamtej pory, niemal codziennie urządzamy wojnę na arbuzowe pestki.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- czy młodzież lubi chodzić w pampersach
- małpa z papieru
- zdjęcie deszcz na szybie na dobranoc]
Wielkie poszukiwania
Cześć dzieciaki. To znowu ja – wasz ulubiony słoń Trombal-Bombal. Dziś opowiem wam o moich wielkich poszukiwaniach i moim niezwykłym odkryciu. Jesteście gotowi? A więc zaczynajmy.
Wszystko zaczęło się wczoraj, zaraz po śniadaniu. To był dzień urodzin mojego taty Stanisława-Słonisława. Postanowiłem, że zrobię dla niego niespodziankę. Zakradłem się do jego gabinetu, usiadłem przy biurku, wyciągnąłem kartkę papieru i zacząłem rysować. Narysowałem słonko i czerwony kwiatek, duże pomarańczowe serduszko i malutkiego ptaszka. Na koniec napisałem „Tato, żyj tysiąc lat i bądź zawsze w słoniowym nastroju.” Teraz należało jeszcze znaleźć jakąś kopertę, aby włożyć do niej laurkę. Otworzyłem jedną szufladę, ale tam kopert nie było. Otworzyłem kolejną i również żadnej nie znalazłem. Kiedy otworzyłem trzecią szufladę ujrzałem coś co przykuło moją uwagę. Była to spora lupa. Zupełnie taka sama jak ta, której używał Sherlock Holmes, kiedy rozwiązywał swoje słynne zagadki kryminalne.
„Przez taką lupę można sporo zobaczyć” – pomyślałem. „A gdybym tak pożyczył sobie tę lupę i poszukał czegoś pięknego?” Nie wiem dlaczego, ale myśl ta wydała mi się najważniejszą sprawą w tamtym momencie. Pozostawiłem laurkę bez koperty na blacie biurka, a następnie dzierżąc w ręku wspaniałą lupę, pochylony tuż nad podłogą wyszedłem z gabinetu taty. Przypatrywałem się każdemu, nawet najdrobniejszemu sękowi w naszej podłodze. Podziwiałem wzory na dywanach, obserwowałem wszystko przez niezwykłe szkło powiększające.
„Jakże wspaniale wygląda świat przez takie szkiełko” – myślałem. Mimo, że przeszukałem niemal każdy milimetr podłogi w naszym domu, nadal nie znalazłem nic, o czym mógłbym z całym przekonaniem powiedzieć, że „to jest po prostu piękne”. My słonie nie poddajemy się zbyt łatwo. A ja jako typowy przedstawiciel gatunku jestem tego przykładem. Nie zniechęciłem się, tylko postanowiłem poszukać na podwórku.
Już wkrótce przemierzałem je wzdłuż i w szerz. W końcu dotarłem do ogródka mojej mamy Kachny-Grubachny. Tam natknąłem się na wspaniałe kwiatki, które oglądane przez lupę sprawiały wrażenie jeszcze bardziej kolorowych, jeszcze bardziej delikatnych, jeszcze bardziej egzotycznych, a nawet jeszcze bardziej pachnących. Wszystkie one były wspaniałe i takie naturalne, jednak wiedziałem, że to nadal nie jest „to coś”, czego szukałem. Kontynuowałem więc poszukiwania. Dotarłem na łąkę. Tam natknąłem się na kolejne znalezisko. W niewielkim gniazdku zrobionym z wyschniętej trawy znalazłem puchate piórko. Przyjrzałem się mu uważnie przez okular i dostrzegłem jego przepiękną budowę, delikatność, zwiewność, a także niespotykaną lekkość. Piórko to było wspaniałe, ale „to jeszcze nie to” – pomyślałem.
Szedłem dalej, aż wszedłem w pobliskie zarośla. Tu spostrzegłem pajęczynę utkaną z delikatnej nici. Na pajęczynie znajdowały się setki drobniutkich kropelek rosy. Dobre piętnaście minut obserwowałem ten cud natury. Przyglądałem się jak promienie słońca rozszczepiają się na poszczególnych kropelkach tańczących na pajęczynie, tworząc przy tym kolorową tęczę. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś równie wspaniałego. Byłem oczarowany i zachwycony. Zapewne siedziałbym tam i podziwiał tę pajęczynę jeszcze z pół dnia, gdyby nie fakt, że jej właściciel wyszedł nagle z ukrycia.
Uwierzcie mi lub nie, ale powiem wam jedno. Widok owłosionego pająka, z niezliczoną ilością oczu, gapiącego się na ciebie przez wielgaśną lupę, nie należy do widoków najprzyjemniejszych. Na jego widok zerwałem się z miejsca, wrzasnąłem i przestraszony pognałem w kierunku domu. Omal nie psikałem się ze strachu.
Kiedy dotarłem do domu, na ganku spotkałem moją młodszą siostrę Irminę-Słoninę. Siedziała sobie przy małym stoliku i gryzmoliła coś kredkami na kartce.
- Co tam mas? – zapytała zupełnie jak dzidziuś, wskazując na trzymaną przeze mnie lupę.
- Nie mówi się „mas” tylko masz! – poprawiłem siostrę, a ona bez najmniejszego przejęcia powtórzyła:
- Cio to jeśt?
Darowałem sobie poprawianie jej po raz kolejny. Machnąłem ręką, a następnie uniosłem lupę nieco do góry i powiedziałem:
- To jest lupa. Służy do szukania różnych rzeczy. Wziąłem ją z biurka taty.
- A cio znalazłeś? – Irmina jest bardzo ciekawska.
- Różne rzeczy, ale nadal szukam czegoś co będzie naprawdę piękne.
- Mama mówiłała, że ja jeśtem piękna – powiedziała moja siostra uśmiechając się niemądrze i kręcąc biodrami tak jakby tańczyła.
- Mama czasem mówi takie rzeczy, ale to wcale nieznaczny, że się z nią zgadzam – powiedziałem stanowczo, aby zakończyć tę rozmowę, a potem wszedłem do mieszkania. Nadal nie znalazłem niczego tak pięknego, jak bym chciał. Jednak była już najwyższa pora, a by odłożyć lupę na swoje miejsce.
Wszedłem więc do gabinetu taty i w zamyśleniu skierowałem się prosto w kierunku biurka. I wtedy zorientowałem się, że było już za późno. Mój tata siedział w swoim fotelu. „Pewnie już się zorientował, że pożyczyłem jego lupę i to bez pytania” – pomyślałem i zerknąłem spod opuszczonej głowy w jego stronę. Ku mojemu zaskoczeniu wcale nie wyglądał na zagniewanego. Wprost przeciwnie. Tata uśmiechał się, a uśmiech ten wydał mi się najpiękniejszą rzeczą jaką widziałem na całym świecie. Nie mogłem się powstrzymać. Uniosłem lupę do jednego oka i zamknąwszy drugie spojrzałem na tatę przez szkło powiększające. Tata trzymał w ręku laurkę, oglądał ją i uśmiechał się. „Tak, ten uśmiech to jest to co chciałem zobaczyć. Ten uśmiech jest najpiękniejszą rzeczą na świecie.”
- Wszystkiego najsłoniowatszego z okazji urodzin! – wykrzyknąłem zarzuciwszy tacie trąbę na szyję. Potem oddałem tacie lupę i przeprosiłem, za to, że wziąłem ją bez zapytania o pozwolenie. Na szczęście tata wcale się na mnie nie gniewał i powiedział, że mogę ją pożyczać zawsze, kiedy tylko będę jej potrzebował.
Wiecie co? Podczas tych poszukiwań odkryłem bardzo ważną rzecz. Są na świecie różne wspaniałe, wręcz cudowne rzeczy i zjawiska. Wystarczy jednak uśmiechnięta twarz kogoś bliskiego naszemu sercu, aby ujrzeć najpiękniejszą rzecz na świecie. A najważniejsze jest to, że wasze uśmiechy działają tak samo na waszych bliskich. Nigdy o tym nie zapominajcie.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- pingwinek na dobranoc
- torty maklina zygzaka
Ciasny ale własny
Cześć dzieciaki. Z tej strony wasz ulubiony słoń – Trąbal-Bombal. Dziś rano udało mi się dojść do pewnych bardzo mądrych wniosków. Chcecie o tym usłyszeć? A więc siadajcie wygodnie i nastawcie uszu.
Dziś mamy niedzielę. Lubię niedzielę, bo nie trzeba wtedy iść do szkoły. Można się wyspać, lub po prostu nic nie robić. Ja jednak ani nie spałem za długo, ani się nie ponudziłem. Zaraz po przebudzeniu chapsnąłem trochę jedzenia – jakieś pięćdziesiąt kilo jabłek i kilkanaście bananów. Potem wybiegłem z domu, aby pobawić się na dworze. Lubię bawić się poza domem, bo jest tu dużo świeżego powietrza, wiele ciekawych miejsc do zabawy i, co najważniejsze, przyjemnie grzeje słoneczko.
Tego dnia postanowiłem wybrać się na przechadzkę do pobliskiego lasu. Lubię tam chodzić, bo zawsze znajduję tam coś super-interesującego. Tym razem również tak było. Ledwo wszedłem wśród drzewa, patrzę dookoła, rozglądam się i co widzę? Na jednym z pni rosnących tam baobabów siedzi sporych rozmiarów ślimak. Miał lekko spiczastą skorupkę i cały był brązowy w ciemniejsze prążki. Usiadłem sobie na ziemi aby obserwować jak ślimak pełznie po pniu. Robił to bardzo wolno. Posuwał się do przodu mozolnie w niemal żółwim tempie. Pomyślałem sobie, że gdybym ja poruszał się tak wolno jak on to do domu wróciłbym zapewne nie wcześniej niż za tydzień. Zastanawiałem się dlaczego ślimaki poruszają się tak wolno. Przyjrzałem się Ślamazarze, bo tak nazwałem w myślach swojego nowego przyjaciela, i zaraz znalazłem odpowiedź na swoje pytanie. Może i wy się już domyśliliście, drogie dzieci? Oczywiście chodzi o to, że biedny Ślamazara dźwiga na swoim grzbiecie ciężką skorupę. „Czy nie lepiej byłoby zostawić swój dom gdzieś w jednym miejscu, zamiast nosić go zawsze ze sobą?” – zastanawiałem się przez chwilę. Chciałem nawet zapytać o to pana Ślamazarę, ale w końcu postanowiłem nie przeszkadzać mu w jego wędrówce.
Po chwili przyszła mi do głowy kolejna myśl – „czy w tej skorupce nie jest ślimakowi ciasno?” – przyjrzałem się muszelce jeszcze uważniej. – „Fortepian się w niej nie zmieści na pewno” – uznałem.
Zrobiło mi się bardzo żal pana Ślamazary. Miał taki maleńki i ciasny domek, a w dodatku musiał go bez przerwy dźwigać na swoim grzbiecie. Zastanawiałem się jednak nad jeszcze jednym – „ skoro ten domek jest taki ciężki, taki ciasny i taki niewygodny, to dlaczego pan Ślamazara ciągle się uśmiechał?” To było zadziwiające. On naprawdę się cieszył pomimo tych wszystkich utrudnień.
Tak sobie siedziałem pod wielkim baobabem, przyglądałem się małemu ślimakowi i użalałem się nad jego losem, a tymczasem wcale nie zauważyłem nagłej zmiany pogody. Prażące cieplutkim żarem słoneczko zaszło za ciemnymi, niemal stalowoszarymi chmurami. Nagle zerwał się silny wiatr i zaczęło padać. Początkowo deszcz zaledwie kropił, jednak z każdą chwilą przybierał na sile. Po kilku minutach zamienił się w solidną ulewę. Zerknąłem na ślimaka, który jakby nigdy nic schował się w swojej skorupie i niczym się nie przejmował. Ja tymczasem zerwałem się na nogi i najszybciej jak potrafiłem pognałem do domu. Kiedy do niego dotarłem byłem przemoczony do suchej nitki, zziębnięty i umorusany błotem. Wchodząc do domu pomyślałem – „może jednak noszenie domku na grzbiecie nie jest takim złym pomysłem”. Chwilę potem wziąłem gorący prysznic i poszedłem do swojego pokoju. Rozejrzałem się i stwierdziłem w myślach, że mój pokój nie jest może zbyt duży, ale za to bardzo przytulny i dobrze się w nim czuję. – „może pan Ślamazara również tak się czuje w swoim ciasnym, ale własnym mieszkanku” – pomyślałem, a potem zapadłem w krótką drzemkę, podczas której przyśnił mi się sen, o słoniu niosącym skorupę na grzbiecie. Na szczęście był to tylko sen.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajki ślamazaki
- ciasny ale własny
- jak wygląda krzesło kapitańskie
Wielka kąpiel Trombala-Bombala
Cześć dzieciaki. To ja Trombal-Bombal, wasz ulubiony słoń. Jeśli chcecie to opowiem wam o swojej wczorajszej kąpieli. A więc usiądźcie wygodnie i posłuchajcie.
Wczoraj, przez cały dzień padał deszcz. Lubię kiedy pada, bo wszędzie robią się kałuże. A kałuże mają to do siebie, że są źródłem wspaniałej zabawy. Kiedy wracałem ze szkoły do domu, postanowiłem wypróbować kilka z nich. I wiecie co? Wcale się nie rozczarowałem. Zabawa w kałużach była wyśmienita. Skakałem po nich, chlapałem dookoła, wbiegałem w najgłębsze z nich, a w jednej z kałuż to nawet upadłem na pupę.
Kiedy dotarłem do domu, byłem przemoczony do suchej nitki. Woda ściekała mi po głowie, kłach i trąbie. Cały byłem umorusany błotem, a moje ubranie wyglądało po prostu strasznie. „Mamie się to nie spodoba” – pomyślałem.
Wszedłem do przedpokoju i zauważyłem, że dom wygląda na pusty. „Czyżby mama nie wróciła jeszcze z pracy?” – zastanawiałem się przez chwilę. W mojej głowie pojawił się genialny plan. „Zaraz wrzucę ubrania do pralki, a sam wskoczę do wanny i się wykąpię. Kiedy mama wróci do domu, moje ubrania będą wyprane, a ja będę czyściutki jak nigdy.” Plan wydawał się świetny, więc zaraz zabrałem się za jego realizację. Rozebrałem się, a zdjęte ubrania wrzuciłem do pralki. Wziąłem proszek. Nigdy nie robiłem prania, więc nie za bardzo wiedziałem ile należy go użyć. „Pół opakowania powinno wystarczyć” – pomyślałem i wsypałem proszek do pralki. Zamknąłem drzwiczki i włączyłem pralkę. Zaraz do moich uszu dotarł dźwięk wlewającej się do środka wody.
Odwróciłem się do wanny. Nalałem płynu do kąpieli i odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Pobiegłem jeszcze do swojego pokoju po żaglówkę i gumową kaczuszkę, abym miał się czym bawić podczas kąpieli. Zaraz też wszedłem do wanny. Woda była wspaniała, a w dodatku, płyn i lejąca się do wanny woda sprawiły, że w wannie powstało bardzo dużo piany. Bardzo lubię pianę. Czasem jest z nią tyle samo zabawy co z kałużami.
Chwilę pobawiłem się kaczuszką, chwilę popływałem żaglowcem, ale przez cały czas nie dawała mi spokoju piana. „Co by było, gdyby piany było tak dużo, że cały bym się w niej ukrył?” – pomyślałem, a myśl ta bardzo mi się spodobała. Zaraz wziąłem się za produkcję piany. Dolałem płynu do kąpieli, zanurzyłem czubek trąby w wodzie i zacząłem dmuchać. My słonie mamy w tej kwestii ułatwione zadanie. Trąba okazuje się tu niezwykle przydatnym narzędziem do produkcji wspaniałej piany. Dmuchałem i dmuchałem, bomblowałem i bomblowałem. Byłem tak zajęty, że nawet nie zauważyłem, że nie tylko ja w tym momencie byłem producentem piany.
Połowa opakowania proszku do prania okazała się ilością nieco za dużą. Z każdym obrotem bębna pralki, powstawały niezliczone ilości kolejnych baniek. Piana zaczęła wyciekać z pralki wszystkimi możliwymi otworami, a najwięcej wydobywało się jej przez szufladkę na proszek i przez nieszczelną uszczelkę w drzwiczkach. Kiedy ja produkowałem wiaderko piany, pralka wypluwała z siebie pięć wiaderek.
W końcu udało mi się wyprodukować tyle białego puchu, że niemal cały zanurzony byłem w pianie. Zacząłem więc się w niej taplać, rzucać się w nią, rozchlapując całą wodę dookoła. Wiele radości dało mi także rozdmuchiwanie piany dookoła. Piana unosiła się w powietrzu, wirowała dookoła jak śnieg. Ona była wszędzie. I kiedy mówię wszędzie, to mam na myśli wszędzie.
Piana z mojej wanny połączyła się z pianą produkowaną w pralce i obydwie postanowiły zwiedzić nasze mieszkanie. Powoli wypełzły na korytarz. Stąd posuwały się dalej. Dotarły do kuchni, która bardzo im się spodobała, bo wpełzły na stół i na kredens i na kuchenkę. Chciały się wedrzeć nawet do lodówki, ale była szczelnie zamknięta. W końcu dotarły także do salonu i sypialni rodziców. Jedynie mój pokój zostawiły w spokoju. Może przestraszyły się bałaganu. Chociaż, kto to wie.
I kiedy już rozpełzły się po całym domu, z pracy wróciła mama. Już na progu coś ją zaniepokoiło. Być może była to wydobywająca się przez szparę w drzwiach piana, a może zasłonięte białą, piankową firanką kuchenne okno. Tego nie wiem na pewno. Wiem jednak, że coś przeczuwała, gdyż otworzyła drzwi i szybko odskoczyła w bok chowając się przed gigantyczną falą piany, która wypadła na ganek i rozlała się po podwórku.
Kiedy mama weszła do domu, złapała się za głowę. Cały dom, niemal od podłogi po sam sufit zajmowała gęsta piana. Mama szybko domyśliła się skąd piana wypływa, więc nie zwlekając wkroczyła do łazienki. Najpierw dostrzegła pianę wydobywającą się z pralki wiec czym prędzej ją wyłączyła. Potem usłyszała odgłosy taplania dochodzące z wanny. Przedarła się przez gęstą zasłonę piany i wyjrzała z niej w momencie, gdy stałem na krawędzi wanny i szykowałem się do skoku do wody. Kiedy zobaczyłem jej rozgniewaną twarz, zrozumiałem, że chyba odrobinę przesadziłem z produkcją.
- Cześć mamo – powiedziałem z wymuszonym uśmiechem. – Czyżbym zrobił trochę za dużo piany? – dodałem nieśmiało.
- Trochę za dużo, to mało powiedziane. Twoja piana jest wszędzie. Jest w przedpokoju, i w kuchni i w salonie i w sypialni, a nawet na podwórku. Nawet na suficie ją znajdziesz.
- Ale mamo, ja naprawdę nie mógłbym zrobić tyle piany.
- Może sam byś jej nie zrobił, ale pomogła ci w tym pralka.
- Pralka? – zapytałem zdziwiony. – Ale co ona miała z tym wspólnego?
- Chyba wsypałeś do niej zbyt dużo proszku do prania. W efekcie zamiast prać ubranie pomagała ci w produkcji piany. Zresztą wyjdź z wanny i sam zobacz jak wygląda nasze mieszkanie.
Wygramoliłem się więc z wanny i poszedłem za mamą. Cały dom był w opłakanym stanie. Podłogi, meble, dywany, okna, a nawet firanki i zasłonki, wszystko było do mycia lub prania.
- No to chyba się wezmę za sprzątanie – stwierdziłem, a potem chwyciłem szmatę i zabrałem się do dzieła. Zacząłem od wycierania mebli, potem umyłem podłogi. Mama pomogła mi zdjąć firanki i zasłonki, a potem uprała je wraz z moimi ubraniami. Pomogła mi również wynieść dywan, aby wysechł na dworze. Praca była mecząca i zajęła mi sporo czasu. Jednak kiedy skończyłem, mama pochwaliła mnie mówiąc:
- Nie każdy wpadłby na to, iż należy po sobie posprzątać. Ty od razu się za to zabrałeś. Jestem z ciebie dumna.
- Dzięki mamo – odpowiedziałem, a po chwili namysłu dodałem – wiesz, zazwyczaj po bardzo fajnej zabawie trzeba trochę posprzątać, ale to wcale nie oznacza, że należy rezygnować z zabawy, no nie?
- Masz rację synku. – Mama uściskała mnie trąbą.
Chwilę potem była kolacja. Mama usmażyła moje ulubione placki z daktyli. Palce lizać. Kiedy do domu wrócił tata, opowiedziałem mu całą historię mojej wielkiej kąpieli, a on pokiwał tylko głową i dodał:
- No to już teraz wiem, skąd to – tu wyjął z teczki żaglówkę i żółtą kaczuszkę – wzięło się na podwórku. Widocznie twoje zabawki wypłynęły na dwór wraz z wielką falą odpływu.
- Och, dzięki że je znalazłeś, tato! – wykrzyknąłem. – Szukałem ich wszędzie, kiedy sprzątałem łazienkę, ale nigdzie ich nie było. A to są przecież moje ulubione zabawki do kąpania.
Tata się uśmiechnął, poczochrał mnie trąbą po głowie, a potem dodał:
- Następnym razem dopilnuj, aby nie opuszczały wanny.
- Oczywiście tato, będę ich pilnował – powiedziałem, a potem zabrałem zabawki i poszedłem spać. Tej nocy śniło mi się, że siedzę w wielkiej kałuży i produkuję pianę, a inne zwierzęta ze szkoły podchodzą z wiaderkami i kupują ją ode mnie. „Niech i one mają trochę dobrej zabawy” – pomyślałem.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- torty zygzaka makłina
- całabajkaozygzaku
- duga bajka ozygzaku 2
Bajka o słoniu i żarówce
Cześć dzieciaki. To ja, słoń Trombal-Bombal. Pamiętacie mnie? Nie? No to wam się przedstawię. Tak naprawdę to mam na imię Trombal Baloniasty, ale moi kumple w szkole mówią na mnie Trombal-Bombal. Fajnie, nie? Mnie też się podoba.
A więc skoro już się znamy, to pewnie chcielibyście usłyszeć moją opowieść o żarówce, no nie? A więc zaczynajmy.
To było bardzo dawno temu. W zeszły wtorek, albo środę. Nieważne. Wróciłem właśnie ze szkoły. Chodzę już do drugiej klasy i świetnie się uczę. No może nie tak świetnie. Ale przynajmniej sobie radzę. Lubię chodzić do szkoły, bo nasza pani jest bardzo sympatyczna, a i zabawa z kumplami na przerwach jest naprawdę świetna. A w dodatku uczę się bardzo pożytecznych rzeczy takich jak czytanie i pisanie, oraz liczenie, a nawet granie na trąbce.
No, ale najbardziej lubię wracać do domu. No i właśnie wtedy, w ten wtorek, czy też środę, wróciłem do domu, wszedłem do salonu i zauważyłem coś dziwnego. W salonie nie świeciło się światło. „Co mogło się stać?” – zastanawiałem się przez chwilę. Próbowałem przypatrzeć się żarówce, gdyż podejrzewałem, że zapewne się przepaliła. Zaraz też, postanowiłem, że ją wymienię na nową. Znalazłem w szafce taty nową żarówkę i teraz wystarczyło jedynie wykręcić tę przepaloną i wkręcić nową. Pojawił się jednak pewien problem. Okazało się, że jestem trochę za niski. Stanąłem na dwóch nogach, zadarłem trąbę najwyżej jak potrafiłem, ale nie dosięgałem do przepalonej żarówki.
Zaraz też wymyśliłem rozwiązanie tego problemu. Zdjąłem z pułki encyklopedię, z której tata korzysta, kiedy rozwiązuje krzyżówki. Ustawiłem ją pod żarówką, wszedłem na nią, zadarłem wysoko trąbę… ale nadal byłem zbyt nisko.
No to wziąłem kolejną książkę. Tym razem była to książka kucharska mamy. Była bardzo gruba, bo mama gotuje z nią potrawy na cały rok i na wszystkie święta i na wszystkie okazje. Wspiąłem się więc najpierw na encyklopedię, potem na kucharską książkę, stanąłem na tylnych nogach, wyciągnąłem trąbę najwyżej jak się dało… ale nadal nie dosięgałem do żarówki.
Rozejrzałem się po pokoju i dostrzegłem drewniane pudełko na biżuterię. Ustawiłem je na książce kucharskiej, a potem wspiąłem na tak ustawioną piramidkę. Wyciągnąłem trąbę do góry i… i nadal nic.
Zrezygnowany usiadłem na podłodze i zacząłem zastanawiać się co począć. Nagle mój wzrok zatrzymał się na telewizorze. „Że też wcześniej nie wpadłem na ten pomysł! Przecież nasz telewizor to wielgachne pudło, z niego na pewno dosięgnę do żarówki” – pomyślałem. Zaraz też zabrałem się za ustawianie telewizora na drewnianym pudełku na biżuterię. Następnie wszedłem na encyklopedię, z niej na książkę kucharską, potem na pudełko, a na koniec wspiąłem się na telewizor. Stanąłem na tylnych nogach, wyciągnąłem trąbę, sięgam, sięgam… ale nie dosięgam!
Zrezygnowany zszedłem ze swojej konstrukcji, a kiedy właśnie dotykałem nogą do podłogi, wpadł mi do głowy świetny pomysł. Pobiegłem do kuchni i zza kuchenki wyciągnąłem wielki słój, w którym mama nastawia daktyle na sok. Zaciągnąłem słój do salonu, ustawiłem go na telewizorze i ponownie rozpocząłem wspinaczkę: encyklopedia, książka kucharska, drewniane pudełko na biżuterię, telewizor, a na końcu wielki słój. Stanąłem na tylnych nogach, wyciągam szyję i trąbę, staram się jak mogę… ale nadal jestem zbyt nisko.
Tym razem pomysł przyszedł mi do głowy od razu. Pobiegłem do kuchni, złapałem wielkie krzesło mamy i zataszczyłem je do salonu. Z niemałym wysiłkiem udało mi się ustawić krzesło na pokrywce słoja. Powstała konstrukcja trochę się chwiała, ale w końcu udało mi się na nią wdrapać. Stanąłem na krześle, sięgam trąbą do góry, ale żarówka nadal jest za daleko. „Jednak mój spryt nie zna granic!” – pomyślałem. Wspiąłem się na oparcie i z niego próbowałem dosięgnąć żarówkę. Ale ta nadal znajdowała się za wysoko.
Poleciałem po kolejne krzesło, te którego używa zazwyczaj tata. Ustawiłem je na oparci krzesła mamy, wdrapałem się na nie i… nadal nie dosięgałem.
Ponownie pobiegłem do kuchni. Złapałem za swoje krzesło i ustawiłem na oparciu od krzesła taty. Cała konstrukcja chwiała się, jakby miała ochotę runąć pod wpływem niewielkiego podmuchu wiatru. Ja jednak wspinałem się do góry niczym małpa. Encyklopedia, książka kucharska, drewniane pudełko na biżuterię, telewizor, słój z sokiem z daktyli, krzesło mamy, poręcz, krzesło taty, poręcz, moje krzesło, i w końcu jego poręcz. Stanąłem na jednej nodze balansując całym ciałem aby utrzymać równowagę. Niemal tańczyłem wraz z całą konstrukcją. Wyciągnąłem trąbę i już prawie dotykałem żarówki. Jeszcze tylko troszeczkę, jeszcze tylko odrobinę bardziej się wyciągnąć, jeszcze tylko stanąć na „palcach”, jeszcze tylko…
I w tym momencie do salonu weszła mama. Zrobiła „pstryk” i wisząca tuż nade mną żarówka rozżarzyła się oślepiającym blaskiem. W jednej chwili, oślepiony promieniami światła, straciłem równowagę i wywróciłem się. Upadając odbiłem się od siedzenia swojego krzesła i zostałem wyrzucony w powietrze za sprawą sprężyny. Przez chwilę unosiłem się w powietrzu. Lecąc w górę, zastanawiałem się, czy nie zderzę się z sufitem. Jednak nim do tego doszło, zacząłem spadać i to okazało się być znacznie gorszym uczuciem. Zacząłem trąbić na całe gardło, aż wszystkie szyby w oknach zaczęły się trząść i omal nie popękały. W końcu szczęśliwie wylądowałem w objęciach mamy. Znacznie mniej szczęścia miały elementy mojej konstrukcji. Moje krzesło złamało się już w chwili, gdy na nie spadłem. Krzesła rodziców potrzaskały się w chwili uderzenia o podłogę, słój przewrócił się i chociaż się nie potłukł, to nakrętka nie wytrzymała i cała zawartość rozlała się po pokoju, a najwięcej wylało się na encyklopedię i książkę kucharską. Mamy pudełko na biżuterię połamało się i spłaszczyło wraz z całą zawartością. Na szczęście telewizor pozostał nienaruszony, bo wtedy tatę chyba by trafił szlag, czy coś takiego.
Mama, która złapała mnie w ramiona, a potem zygzakiem uciekała przed spadającymi z góry krzesłami, w końcu stanęła w progu salonu, postawiła mnie na podłodze, a potem odwróciła się w kierunku pobojowiska. Ja również patrzyłem w tamtą stronę. Wolałbym, żeby mama tego nie widziała, ale było już za późno.
- Co za bałagan! – wysapała. Potem zakryła oczy swoimi wielkimi uszami i usiadła załamana.
- Ja chciałem tylko wymienić przepaloną żarówkę. – Spojrzałem na jarzący się bąbel, wiszący pod sufitem. – To znaczy, myślałem, że jest przepalona. No bo… No bo zapomniałem, żeby sprawdzić, za pomocą pstryczka.
- Zapomniałeś sprawdzić? – Mama westchnęła z wyraźną nutą rozpaczy. – I chciałeś wymienić żarówkę?
- Ja chciałem, żebyście byli ze mnie dumni – tłumaczyłem się.
- Trombal, my jesteśmy z ciebie dumni. Kochamy cię. I nie musisz robić tak niebezpiecznych rzeczy, aby na to zasłużyć. Kochamy cię za to, że jesteś, a nie za to co robisz. Rozumiesz? – Mama objęła mnie swoją trąbą.
- Tak, mamo. Rozumiem.
- To dobrze. Bo teraz należy posprzątać ten bałagan. Natychmiast zabieraj się do roboty.
- Ale… -próbowałem się od tego wymigać.
- Żadnego ale! – usłyszałem w odpowiedzi i zrozumiałem, że nie ma sensu dyskutować.
Zaraz też zabrałem się za sprzątanie. Potrzaskane krzesła wyrzuciłem na śmietnik. Teraz będzie trzeba kupić nowe, choć nie wiem, czy tata będzie zadowolony. On był bardzo przywiązany do swojego krzesła. Potem wytarłem podłogę. Musiałem zmywać ją aż trzy razy, bo za każdym razem lepiła się od daktylowego soku. Przełożyłem mamy biżuterię do mniejszej szkatułki, a szczątki drewnianego pudełka wyrzuciłem do kosza na śmiecie. Na koniec wytarłem obydwie książki. Kilka kartek encyklopedii poplamiło się na stałe. Mama się śmiała, że „nareszcie będzie ślad, iż ktoś jej używał”. Mnie jednak nie było do śmiechu.
Kiedy sobie o tym przypominam, zastanawiam się co by było, gdyby mama mnie nie złapała. Może potłukłbym się jak nasze krzesła? Albo rozlał jak słoik z sokiem daktylowym? Kto wie. Dobrze, że ona się tam pojawiła. Mamy zawsze pojawiają się tam gdzie są najbardziej potrzebne. Czy to nie cudowne, że one wiedzą, gdzie są potrzebne i kiedy? Czy wasze mamy też maję ten cudowny dar? Założę się, że tak.
Ściskam was dzieciaki z całej siły w trąbie. Kolorowych snów.
PS. Nigdy nie próbujcie wspinać się na takie wysokie i mało stabilne konstrukcje. To jest bardzo niebezpieczne.
Pa.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- bajka o sloniu
- żarówka bajka
- bajka o słoniu














