Bajka o słoniach
Cześć dzieciaki. Opowiem wam dzisiaj o swojej rodzinie i o pewnej przygodzie jaka nam się przytrafiła. No ale najpierw się wam przedstawię, przecież jestem dobrze wychowanym słoniem. Nazywam się Trombal Baloniasty, ale moi kumple nazywają mnie Trombal-Bombal. Wraz z kumplami, dla każdego znajdujemy jakieś śmieszne przezwisko. Ja jestem Trombal-Bombal, mój najlepszy kolega to niedźwiadek Rysio-Gumisio, a w naszej paczce są jeszcze królik Batek-Szczerbatek, oraz sarenka Łatka-Facjatka. No ale nie o swoich kumplach miałem wam dzisiaj opowiadać, tylko o sobie i swojej rodzince. Ja chodzę do szkoły. Jestem już w drugiej klasie i chyba niedługo będę dorosły. Już teraz wydaje mi się, że wiem więcej niż starszy ode mnie o pięć lat kuzyn Boton-Pięcioton. No ale wróćmy do opowieści o mojej rodzinie.
To jest moja mama. Moja mama nazywa się Kachana-Grubachna Baloniasta. Ale zazwyczaj ja mówię na nią po prostu Grubachna, albo jeszcze prościej – mamo. Moja mama jest bardzo ładna. Ma cztery zgrabniutkie nóżki, wielkie uszy, długie bialuteńkie kły i wspaniałą mięciutką, lekko owłosioną trąbę. Mogłaby startować w wyborach miss. Lubię swoją mamę, bo zawsze opowiada mi ciekawe historie ze swojej młodości. Kiedyś opowiedziała mi o tym jak kąpała się w stawie wraz ze swoją siostrą, ciocią Banią-Kochanią. W pewnym momencie ciocia wzięła w trąbę trochę błota i rzuciła nim w mamę. Mama zrobiła to samo: zagrzebała trąbą w błotnistym podłożu i chwyciła sporą porcję. Potem zrobiła trąbą solidny zamach i obrzuciła ciocię błotem od czubka głowy, po sam ogon. I tak zaczęła się wielka błotna wojna. Co chwila jedna z nich łapała w trąbę porcję błota lub kępę trawy wraz z korzeniami i ciskała w kierunku siostry. I tak się rzucały i rzucały, aż w końcu nawet przestały patrzeć czym rzucają. W pewnym momencie moja mama złapała coś w trąbę i nie zastanawiając się cóż to może być, zamachnęła się i z całej siły rzuciła w kierunku cioci. Jakież było ich zdziwienie gdy na grzbiecie cioci Bani wylądował wielki aligator. Obie wraz z mamą uciekały stamtąd tak szybko, że aż się za nimi kurzyło.
Taka właśnie jest moja mama.
A to jest mój tato. On ma na imię Stranisław-Słonisław Baloniasty. Mój tata jest chyba najgrubszym słoniem, a może i najgrubszym zwierzęciem w całej okolicy, albo nawet na całym świecie. Waży tyle co ja, mama, moja siostra i ciocia Bania razem wzięci. On jest naprawdę potężny. Od niedawna to nawet do kina go nie wpuszczają. A to dlatego, że ostatnim razem, nie dość, że zajął aż dziewięć miejsc, to na dodatek wszystkie połamały się pod jego ciężarem. Mimo, że film był dosyć smutny, wszyscy widzowie pękali ze śmiechu, gdy patrzyli jak mój tato próbuje się pozbierać z pokrytej szczątkami krzeseł podłogi. Jednak każde, krzesło którego próbował się podtrzymać, aby wstać łamało się i tata znów padał jak wielgachny placek na podłogę. To było dosyć zabawne. Wszyscy uśmiali się do łez, ale w końcu przyjechał dźwig, wyciągnęli tatę z kina i dali mu zakaz wstępu. Szkoda, bo w tym kinie leciały fajne filmy.
No i jest jeszcze moja młodsza siostra.
Tak to właśnie ona. Ma na imię Irmina-Słonina Baloniasta. Słonina nie chodzi jeszcze do szkoły. Ona jest jeszcze przedszkolakiem. Tak naprawdę to do tej pory dłubie sobie językiem w trąbie i wyjada baby, a na dodatek wciąż obgryza kopytka. Tak ona jest jeszcze dzidziusiem. Gdyby miała kciuki jak wy, to na pewno by je jeszcze ssała. Kiedyś to nawet chciała w pampersie iść do przedszkola. Na szczęście mama przekonała ją, że jest już za duża, aby chodzić po ulicach w pampersach. No, ale mimo wszystko, lubię ją trochę. Czasem fajnie się bawimy. Na przykład w chowanego. Ona prawie zawsze chowa się do szafy i łatwo ją znaleźć.
No to już znacie moją rodzinkę. Nie jest to może najwspanialsza rodzina pod słońcem, ale ja na pewno nie zamieniłbym jej na nic innego. Uważam, że taka rodzina to prawdziwy skarb.
No ale miałem opowiedzieć również o naszej wspólnej przygodzie. Otóż było to kilka tygodni temu. Tata wrócił do domu w niezwykle radosnym nastroju. Zamiast jak zwykle, od razu zajrzeć do garnków, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, rozsiadł się na kanapie i nic nie mówił. Wszystkich nas bardzo zdziwił, więc zaraz zebraliśmy się wokół niego i zaczęliśmy wypytywać „co też mu się stało?”, „czemu jest taki uradowany?” i „czy aby na pewno dobrze się czuje?”. To była tylko taka gra. Tata chciał, abyśmy go wypytywali jak najdłużej, ale nie wytrzymał długo. W końcu uśmiechnął się jeszcze bardziej, przez co wyglądał jak uzbrojony w uszy i sterczącą trąbę, gigantyczny, chodzący uśmiech, a potem powiedział nam co się stało: ”Od jutra mam urlop. Postanowiłem, że pojedziemy na wakacje”. Wszyscy zaczęliśmy się cieszyć. Mama ściskała tatę za szyję swoją trąbą i dawała mu buziaki – feeee! Ja podskakiwałem ze szczęścia, aż cały dom zaczął się trząść. Nawet Słonina podskakiwała i się cieszyła, choć tak naprawdę wcale nie wiedziała co to są wakacje.
- A gdzie pojedziemy kochanie? – zapytała po chwili mama.
- No jak to gdzie? Za granicę!
- Do ciepłych krajów? – zapytała Słonina.
- No coś ty, przecież my mieszkamy w ciepłych krajach! – pouczyłem siostrę.
- No to do zimnych? – nalegała moja niemądra siostra. Ale ku wielkiemu zdziwieniu, mama podłapała ten temat i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, wykrzyknęła:
- Tak jedźmy do zimnych krajów. Na przykład do Polski.
Dalszej dyskusji nie było. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć ten daleki i egzotyczny kraj, w którym mieszka kuzyn taty, wujek Zenek-Bambaryła. Wujek zawsze przysyła nam pocztówki z życzeniami na święta i często opisuje jak ciekawe jest życie cyrkowca.
No więc postanowiliśmy pojechać do Polski. Jednak wkrótce okazało się, że kraj ten znajduje się znacznie dalej od Afryki, niż się nam wydawało. Zaraz też pojawiły się kolejne problemy:
Po pierwsze nie mogliśmy polecieć samolotem, bo żaden samolot nie oderwałby się od ziemi z tatą na pokładzie.
Po drugie nie mogliśmy pojechać pociągiem, bo tata w żadnym pociągu by się nie zmieścił.
Z tego samego powodu odpadały także autobus, oraz samochód.
W grę wchodził statek morski, ale ten płynąłby do Polski pięć tygodni, a tata miał tylko dwa tygodnie urlopu.
W końcu postanowiliśmy pójść na piechotę.
Pierwszego dnia spakowaliśmy prowiant, ubrania, namioty i wszystko to co mogło się przydać podczas wyprawy. Tata zakupił różne mapy, a nawet okrągły globus. Na globusie Polska wydawała mi się taka maleńka, że chyba mucha byłaby większa. No ale przynajmniej odległość od nas do Polski wydawała się bardzo mała.
No więc następnego dnia z wielkim zapałem ruszyliśmy w drogę. Szliśmy najszybciej jak się dało. Jednak palące bez przerwy słońce sprawiało, że bardzo się męczyliśmy. Pot ciekł mi po głowie i całymi strumieniami spływał za uszami. To samo działo się z mamą. Tylko Słonina biegała w kółko, podskakiwała i bez przerwy się cieszyła. Zachowywała się zupełnie tak, jakby czerpała energię z kosmosu, czy coś podobnego. Jednak najgorzej radził sobie tata. Człapał coraz wolniej i wolniej. Aż w końcu, pod wieczór, kiedy dotarliśmy nad brzeg jeziora, tata wszedł do wody i padł na dno jak nieżywy. Tej nocy tata nie czół się dobrze. Aby odzyskać siły potrzebował dużo zjeść. A kiedy rano się obudziliśmy, okazało się, że tata zjadł wszystkie zapasy przeznaczone na całą wyprawę. Nie mieliśmy żywności, a więc kontynuowanie wyprawy przestało mieć sens.
I tak zakończyła się nasza wycieczka do Polski. Może jeszcze kiedyś ją zobaczę. Ale tym razem nie było mi to dane.
Chociaż nie dotarliśmy do celu, a nawet nie uszliśmy dalej niż dziesięć kilometrów od domu, to i tak była to najwspanialsza rodzinna wyprawa. Byliśmy razem i świetnie się bawiliśmy. Tata też miło wspomina tę wyprawę. Powiedział ostatnio, że „jeśli kiedykolwiek wpadnie mu do głowy kolejny wyjazd to mamy go utopić w kałuży”.
Już sobie to wyobrażam, a wy
?
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- zygzak makłin
- bajka o słoniach
- BAJKA BALI
Wiek emerytalny kontra polityka prorodzinna
Witam.
Dziś postanowiłem złamać jedną ze swoich zasad i wypowiedzieć się na temat związany z polityką. Z reguły nie interesuję się tymi sprawami i staram się nie wypowiadać na ten temat. Zdarza się nawet, że przez wiele tygodni wcale nie oglądam wiadomości, aby się nie stresować. Takie zachowanie może się wydać ignorancją lub brakiem zainteresowania sprawami kraju w którym żyję. Dla mnie jest to jednak sposób na bycie znacznie szczęśliwszym człowiekiem
.
A więc wracam już do meritum sprawy. Otóż swoją zasadę niewypowiadania się na tematy polityczne złamię przy okazji mającej obecnie miejsce dyskusji na temat podwyższenia wieku emerytalnego. Premier Tusk argumentuje tę decyzję tym, że społeczeństwo polskie starzeje się. Popiera ją badaniami statystycznymi, które mówią, że w roku 2050 liczba mieszkańców w Polsce spadnie poniżej 30 milionów. Ponadto znacznie zwiększy się odsetek ludzi w podeszłym wieku.
Oczywiście trudno podważać tę argumentację. Takie są po prostu prognozy. Ale czy te prognozy muszą się sprawdzić, to jest już zupełnie inna sprawa.
Z innych danych statystycznych [1] wynika, że tylko 10% małżeństw deklaruje, iż chce mieć jedno dziecko, a zaledwie 2% z nich, deklaruje, że nie chce mieć żadnego dziecka. Większość małżeństw (50%) preferuje dwójkę dzieci, a 23%, że chciałoby mieć trójkę dzieci.
Takie są preferencje rodziców. Fakty jednak są znacznie inne. Otóż w rzeczywistości 25% rodzin posiada zaledwie jedno dziecko. W efekcie ilość dzieci przypadająca na statystyczną Polkę wynosi około 1,3. Z czego to wynika? Wynika to z faktu, że rodzin nie stać na utrzymanie licznego potomstwa. Młodzi ludzie planując rodzinę muszą brać pod uwagę rosnące koszty utrzymania i własną zdolność zarobkową. Duża część małżeństw rezygnuje z kolejnego potomstwa właśnie z powodów finansowych.
Czy naprawdę słusznym jest podejście, w którym władze naszego kraju przygotowują prognozy na 40 lat do przodu, a następnie na ich podstawie starają się, przygotować kraj na oczekiwane skutki? Moim zdaniem znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby inne podejście. Mam tu na myśli takie podejście, które sprawi, że prognozy okażą się błędne. Takim podejściem jest przeciwdziałanie opisanej w prognozach sytuacji. A można to osiągnąć stosując wzmożoną i skuteczną politykę prorodzinną.
W chwili obecnej nasz rząd nie stara się zbyt dobrze w tej właśnie sferze. Nasza polityka prorodzinna wygląda tak:
-
Mamy jednorazową zapomogę od państwa, czyli tzw. becikowe (1000 zł – kwota po prostu śmieszna),
-
Dla najbiedniejszych jest przewidziane tzw. drugie becikowe (kolejne 1000 zł),
-
No i jest jeszcze ulga podatkowa na dzieci, którą nasz kochany rząd chce nam wkrótce zabrać.
Jednym slowem „tylko płodzić dzieci!”. Ponadto brakuje takich instytucji jak żłobki i przedszkola, a kobiety, które idą na urlopy macierzyńskie i wychowawcze, nie mają pewności, czy po powrocie nadal będą miały zatrudnienie w swojej firmie. Sprawa nie wygląda więc różowo.
Moim zdaniem rząd powinien zrobić wszystko co w jego mocy, aby tę tragiczną sytuację jak najszybciej naprawić. Uważam, że niezbędne jest wprowadzenie prawdziwych udogodnień dla rodzin wielodzietnych. Można skorzystać z doświadczeń takich krajów jak choćby Francja, gdzie rodziny z trójką i więcej dzieci, uważane są za rodziny wielodzietne i mają z tego powodu wiele ulg (tańsze bilety w kinach, na basenie itd., ulgi podatkowe, mniejsze opłaty za szkoły, mieszkania itp.). Takie rozwiązania wydają się mieć znacznie większy sens, od tego co proponują nasze władze. Ponadto, uważam, że w ramach polityki prorodzinnej poprawie powinna ulec sytuacja prawna zatrudnionych kobiet będących w ciąży, na urlopach wychowawczych i macierzyńskich, a także sytuacja związana z ilością żłobków i przedszkoli, oraz z wysokością opłat za te instytucje – o ich poziomie nie wspominając.
Skuteczna polityka prorodzinna, w moim przekonaniu, jest jedyną metodą na to, aby do 2050 roku utrzymać liczbę mieszkańców na stałym poziomie. Tylko niech nasze władze przejrzą w końcu na oczy i pomogą obywatelom mieć tyle dzieci ile chcieliby mieć!
Pozdrawiam
Sławomir Żbikowski
PS.
Dane statystyczne [1] zaczerpnąłem z broszury Praca Polska 2010, opracowanej przez firmę S)partner.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- co sądzicie o naszej polityce prorodzinnej?
- www emerytura waw pl
- wiek emerytalny polityka prorodzinna
Rodzina = przebaczanie
Dziś rano wyszedłem z domu rozgniewany. Mój syn postanowił, że zrobi mi na złość i nie będzie się ubierał. Dopiął swego – zdenerwowałem się, a przy okazji całego zajścia spóźniłem się do pracy. Oczywiście można było całego zajścia uniknąć. Można było tak pokierować rozwojem wypadków, rozmową, czy zachowaniem swoim i syna, aby nie doszło do zaognienia. A jednak nie udało mi się. Może stało się tak w wyniku pośpiechu, uporu, czy też chęci pokazania „kto jest ważniejszy”. W efekcie on był zdenerwowany, ja również. On nakręcał się w swoim dziecięcym uporze, a ja nie wytrzymałem i nakrzyczałem na niego. W efekcie obydwaj opuściliśmy dom podenerwowani – jeden na drugiego.
Ja powtarzałem sobie w duchu, że najwyższa pora, aby ukrócić takie zachowanie i obmyślałem w jaki sposób zrealizować tę groźbę.
On pożegnał mnie ze słowami: „nie lubię cię”. Miał zaciśnięte usta i widziałem, że jest bardzo wkurzony. Być może w jego głowie również kłębiły się jakieś myśli, w których w jakiś sposób odnosi zwycięstwo nade mną.
Można by zapytać: „I co teraz?”. Moglibyśmy chować swoje urazy i gniewać się na siebie, aż do końca świata. A jednak jesteśmy przecież rodziną. Jesteśmy ojcem i synem. Kochamy się i niejednokrotnie wybaczaliśmy sobie podobne zachowania. Mój syn jest małym uparciuchem. Ja również nie należę do osób, które łatwo ustępują. A jednak bardzo często obydwoje mamy odwagę przyznać się do popełnionych błędów i powiedzieć „przepraszam” najbliższej osobie.
Jestem dumny ze swojego syna, że to potrafi, a także z siebie, że potrafiłem wpoić mu tę umiejętność. Często starałem się dawać mu dobry przykład – często brałem go na kolana i mówiłem: „Przepraszam, że krzyczałem”, „Przepraszam, że nie posłuchałem twojego zdania”, „Przepraszam, że zapomniałem o tym czy o tamtym”. A mój syn w odpowiedzi mówił: „Przepraszam, że powiedziałem, że cię nie lubię. Tak naprawdę bardzo cię kocham Tato”.
I dla takich właśnie chwil warto żyć. Dla takich chwil warto mieć dzieci. Dla takich chwil warto być rodziną.
Warto dać dziecku przykład i zamiast trwać w uporze, przyznać się do błędu i powiedzieć magiczne słowo „Przepraszam”. Moja duma rodzicielska nigdy na tym nie ucierpiała. A szacunek moich dzieci rośnie z każdą taką chwilą. Z każdym wypowiedzianym „Przepraszam” nasza więź rodzinna wzrasta, a dzieci dostają przykład – jak należy przyznawać się do popełnionych błędów i w jaki sposób używać tego jakże ważnego słowa – „przepraszam”.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- dobry ojciec
- choć dzisiaj istnieje na drodze działań wychowawczych wiele przeszkód rodzice muszą mocno i ufnie wychowywać swoje dzieci prowadząc je ku podstawowym wartościom życiowym to od rodziców dzieci mają się dowiedzieć że wartość człowieka wynika z tego kim on j
- jakie sa dorosle dzieci bite przez swoich ojcow
Sobota na działce
W sobotnie popołudnie postanowiliśmy skorzystać z ładnej, słonecznej pogody i wybraliśmy się wspólnie, całą rodzina na działkę. Nie odwiedzaliśmy jej od jesieni. Toteż, kiedy dotarliśmy na miejsce, zaczęliśmy od rekonesansu. Nasza działka to skrawek ziemi, na którym rośnie kilka drzew. Obeszliśmy więc cały teren dookoła, sprawdziliśmy czy nie jest mokro, zobaczyliśmy jaki jest poziom wody w znajdującym się w granicy działki rowie melioracyjnym. Tam natknęliśmy się na przepiękne żółciutkie kaczeńce. Przy tej okazji wytłumaczyłem dzieciom, że są one pod ochroną, wyjaśniłem co to znaczy i dlaczego niektóre gatunki roślin i zwierząt należy chronić.
Następnie sprawdziliśmy czy nasze ubiegłoroczne miejsce na ognisko, nadaje się do tego, aby wykorzystać je po raz kolejny. Nadawało się, więc żona i dzieci zabrali się za zbieranie chrustu i rozpalanie ogniska.
Ja tymczasem zabrałem się za uruchamianie kosy spalinowej. Nasza działka wygląda bardzo ładnie i w przeciwieństwie do działek z nią graniczących jest zadbana. Wiąże się to jednak z ogromna ilością pracy jaką wkładamy w utrzymanie takiego stanu. Wystarczyłoby abyśmy przez pół roku zaniechali koszenia i wycinania młodych drzewek, a doprowadzilibyśmy do stanu, w którym cały obszar działki stałby się niezdatny do przejścia. Cała działka porosłaby pokrzywami, młodymi drzewkami, chwastami, krzakami i jeżynami. Jednym słowem – wygląda ładnie dopóki się o nią dba. Tak więc odpaliłem kosę i zacząłem koszenie.
W tym czasie moja rodzina rozpaliła ognisko, a chłopcy zabrali się za smażenie kiełbasek na kijach. Wytrwale siedzieli przy ognisku z kijami w rękach. Zarówno im jak i nam kiełbasa usmażona nad ogniskiem smakuje znacznie lepiej niż ta przygotowana na grillu. Być może samo ognisko ma w sobie jakiś dodatkowy urok. Być może sprawiają to tańczące płomienie, które hipnotyzują człowieka, sprawiając, że staje się spokojniejszy i wyciszony.
W przerwie pomiędzy koszeniem zjadłem usmażoną przez syna kiełbasę, a następnie pomogłem żonie zasypać ziemniaki w popiele. Następnie wróciłem do koszenia, a dzieci wraz z żoną dalej znosili chrust i dorzucali do ogniska.
Po kilku godzinach wydobyliśmy upieczone ziemniaki i zajadaliśmy je z solą. One również smakowały sto razy lepiej niż te ugotowane, czy usmażone na gazie. Chłopcy zajadali się tymi ziemniakami, jakby jedli najwyborniejsze specjały.
Kiedy wszyscy się posililiśmy, chłopcy postanowili pokazać jacy są dzielni i pracowici. Wybrali sobie niewielką brzózkę, która wyrosła zbyt wybujale przez ostatni rok lub dwa i postanowili, że ją zetną. Trochę się obawialiśmy, że zrobią sobie krzywdę ostrą piłka do drewna, jednak jedynym poszkodowanym była sama brzózka. Została powalona w zaskakująco szybkim tępię, a dzieci były ze swojego czynu bardzo dumne.
W końcu spakowaliśmy wszystkie rzeczy, zebraliśmy śmieci, zagasiliśmy ognisko i wróciliśmy do domu. Tam czekała nas kąpiel i zasłużony odpoczynek.
Tak się zaczęła nasza majówka, a raczej, dla ścisłości – tak zakończyliśmy kwiecień 2011 roku.
Pozdrawiam Sławek
PS.
A jak Ty spędzasz czas z dziećmi. Napisz kilka słów na ten temat. A przy okazji wypełnij specjalną Ankietę dla Rodziców. Z góry dziękuję za każdy głos oddany w tej sprawie.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- rozpalanie ognisk na działkach
Rodzice i walentynki

- Obraz pobrany z: http://office.microsoft.com/en-us/images/
Dziś są walentynki. Dzień szczególny dla wszystkich zakochanych. Wszystkim zakochanym składam w tym dniu życzenia wielu chwil szczęścia. Niech Wasza radość trwa nieustannie.
Rodzice to szczególna grupa zakochanych. Szczególna, ponieważ Wasza miłość wydała już pewne owoce.
Początek każdej znajomości jest zazwyczaj bardzo uroczy i ekscytujący. Wszystko jest takie „nowe” i nieprzewidywalne. Nie wiesz w jaki sposób zachowa się ta druga osoba, nie wiesz czego się spodziewać. Wszystkiemu towarzyszy dodatkowo buzująca w Twym ciele adrenalina, sprawiająca, że Twój stan jest właśnie taki. Podwyższone tętno, serce walące jak oszalałe. To są oznaki zauroczenia, i miłosnego uniesienia.
Jednak początkowo Tworzycie jedynie nieformalny związek. Jesteście parą, jednak oprócz uczucia nie masz żadnych zobowiązań wobec swojego partnera. Dopiero gdy uznacie, że to co was łączy jest poważnym uczuciem, a nie jedynie zauroczeniem, robicie krok na przód i zawieracie związek małżeński. Od teraz łączy was więcej niż tylko uczucie.
A jednak świadoma decyzja o chęci posiadania potomstwa, sprawia, że miłość się cementuje. Owoc waszej miłości. Wasze dziecko, z jednej strony może okazać się największym waszym szczęściem. Z drugiej jednak może się stać pasmem problemów. Jest to bardzo ciężki okres dla niemal każdej pary. Wytrwanie w małżeństwie i pielęgnowanie miłości, jest sztuką trudna, a zarazem niezbędną.
Jeśli jesteś mężczyzną, to dbaj o swoją żonę, pomagaj jej zwłaszcza w trudnych dla niej chwilach. Bądź gotów wysłuchać swojej partnerki, okazuj jej zainteresowanie i wspieraj swoim silnym ramieniem. Niech wie, że zawsze może na Tobie polegać.
Jeśli jesteś kobietą, pozwól mężowi zrelaksować się, czy odreagować. Nie denerwuj się, jeśli zbyt dużo czasu spędza przed komputerem, telewizorem, czy też pielęgnując swoje hobby. Taka odskocznia jest niezbędna dla każdego mężczyzny. Z drugiej strony, zachęcam Cię, abyś często go chwaliła – nawet za drobnostki – mężczyźni to duże dzieci i jak dzieci potrzebujemy stymulacji do działania.
Kolejna rada, jest bardzo ważna i skierowana do obydwu stron: ROZMAWIAJCIE. Rozmawiajcie o wszystkim. O rzeczach ważnych, o tym co was nurtuje, o tym co was martwi, a także o tak zwanej „dupie Marynie” – czyli o wszystkim i o niczym. Niech, żaden temat nie będzie dla was zbyt krępujący, aby poruszyć go w rozmowie z partnerem.
Życzę udanych związków, pociechy z dzieci i wielu chwil radości. A także wspaniałych walentynek.
Pozdrawiam
Sławek Żbikowski.
Frazy wyszukiwarek użyte do odnalezienia tej strony:
- zakochany rodzic
- oznaki zauroczenia
- stronka podobna do zakochany rodzic















