Cześć dzieciaki.

Zabawa! Jedno słowo, a jak wiele może powiedzieć. My słonie uwielbiamy zabawę. Jednak każdy z nas bawi się trochę inaczej. Jedni lubią układać klocki i wprost godzinami mogą siedzieć składając przedziwne konstrukcje. Inni nie potrafią usiedzieć w miejscu i aby dobrze się bawić potrzebują ruchu. A jeszcze inni są najszczęśliwsi, kiedy…

O mało nie zdradziłem wam puenty całej opowieści. A przecież wszystko zaczęło się od tego, że po raz kolejny rodzice kazali mi zajmować się Marysią-Pięknisią. Owszem Marysia jest cudownym słoniątkiem i kocham ją najbardziej na świecie, ale… przecież są wakacje! Ile czasu można zajmować się rocznym słoniątkiem, które w dodatku nie chce układać klocków.

Na szczęście pogoda nam dopisała. Wyszliśmy więc na świeże powietrze. Rozłożyłem koc, poukładałem poduszki oraz całą stertę zabawek, pośrodku posadziłem Marysię-Pięknisię, a sam zabrałem się za kolejny numer komiksu o Supersłoniu. Moja siostra była jednak bardzo niecierpliwa, co chwila kwęczała, że chce to, albo tamto. W ogóle nie mogłem się skupić na czytaniu. Bardzo mnie to wkurzało.

W pewnym momencie wpadłem na genialny pomysł.

– Siedzenie na kocu w taki upał, to nic przyjemnego! – krzyknąłem do siostrzyczki, która spojrzała na mnie z zaciekawioną miną i tylko pokiwała głową. – Zaraz zorganizuję ci coś znacznie przyjemniejszego.

Pobiegłem do garażu, wyciągnąłem z samego końca, wielką drewnianą balię. Kolejne dwa kwadranse zajęło mi napełnianie jej wodą. Marysia przez cały czas dreptała wokół balii podskakując radośnie i pokrzykując co chwila:

– Będzie kąpiel! Będzie kąpiel!

Jak tylko woda wypełniła balię do połowy, włożyłem Marysię do środka. Była przeszczęśliwa. Pluskała się i rozlewała wodę dookoła. Wchodziła do balii i wychodziła z niej donosząc kolejne zabawki. Jednym słowem świetnie się bawiła.

Ja także byłem zadowolony. Rozpierała mnie duma, że udało mi się wpaść na pomysł z balią. Sam także postanowiłem z niej skorzystać. Ustawiłem leżak, przy samej balii, tak że mogłem leżeć wygodnie na leżaku, a jednocześnie kopyta chłodzić w przyjemnej wodzie. Zabrałem się za czytanie komiksu i… chwilę później spałem w najlepsze. I uwierzcie lub nie, ale sen miałem tak twardy, że nic nie było w stanie mnie obudzić. Nawet… niesamowita pomysłowość Marysi-Pieknisi! A pomysły miała nie z tej ziemi. Sami się zresztą zaraz przekonacie.

Jak tylko zasnąłem, Marysia ponownie wyszła z balii, aby po chwili wrócić ze sporych rozmiarów wiaderkiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wiaderko wypełnione było ziemią z ogródka mamy. Wkrótce zawartość wiaderka trafiła do balii i po wymieszaniu z wodą zamieniła się w ciemno-brunatną maź. Marysia, chociaż nie byłem tego naocznym świadkiem, była zachwycona. Toteż zaraz przyniosła następne wiaderko ziemi, a potem z dziesięć kolejnych. Wkrótce moje nogi zamiast w przyjemnej, orzeźwiającej wodzie, moczyły się w gęstym błocie.

Marysia siedziała w utworzonej przez siebie papce i bawiła się w najlepsze. Umazana była od kopyt, po czubek trąby i zapewne była w tym momencie najszczęśliwszym słoniątkiem w całej Afryce. W pewnym momencie wpadła na pomysł, aby przyozdobić błotem całą balię. „Przecież wyglądała tak nudno, kiedy była czysta!” – pomyślała zapewne i zaczęła smarować błotem od góry do dołu. Kiedy już wszystko było wysmarowane, Marysia-Pieknisia spostrzegła, że coś jej w tym wszystkim nie pasuje. „Dlaczego Trąbal-Bombal jest taki czysty?!” – zaświtało w jej maleńkiej główce i… zaczęło się.

Po kolejnym kwadransie, byłem niemal cały oblepiony grubą na dwa centymetry warstwą błota. Do tej pory nie rozumiem, jak mogłem się nie obudzić, czując to paskudztwo na twarzy i na trąbie. Fuj!

Przeszczęśliwa Marysia-Pięknisia oblepiała mnie z wielkim zapałem, a robiła to z taką radością i z takim zacięciem, że nawet mama, kiedy już odkryła co zaszło, nie wiedziała czy ma zareagować ratując swojego pierworodnego, ukochanego synka, czy też pozwolić najmłodszej córeczce na kontynuowanie zabawy.

Zamiast tego szybko wróciła do domu po aparat fotograficzny. I dopiero zrobiwszy kilka zdjęć naszej dwójce, postanowiła mnie obudzić.

– Trąbal! Kochanie! Wstawaj! – słyszałem głos Kachny-Grubachny. – Pora na obiad!

Coś było jednak nie tak. Chciałem wstać z leżaka, ale nie mogłem. Coś mnie trzymało, zupełnie tak, jakbym został… przyklejony. A najgorsze było to, że nie byłem w stanie otworzyć oczu. One także były zalepione. „Tylko czym?” – zastanawiałem się coraz bardziej wystraszony.

Nagle zebrałem w sobie całą siłę i zamaszystym ruchem poderwałem się z leżaka. Nadal nic nie widziałem, ale tajemnicze spoiwo puściło i teraz mogłem już usiąść. Sięgnąłem trąbą do swoich oczu. Wyczułem na całej twarzy jakąś twardą skorupę. Zeskrobałem jej fragment odsłaniając powieki. W tym momencie poczułem że mama również pomaga mi w oswobodzeniu się.

– Zaraz ci pomogę, kochanie! – usłyszałem jej rozbawiony głos.

„Co ją tak bawi? – zastanawiałem się oburzony. – „Ja tu nic nie widzę, a ona się śmieje!” Wtedy, nareszcie otworzyłem jedno oko. Spojrzałem na swoje ciało. Cały byłem oblepiony jakimś gipsem, albo gliną.

– Co tu się stało?! – zapytałem poważnie.

– Może ty mi to wyjaśnisz? – odpowiedziała mama. Na jej twarzy ciągle gościło rozbawienie. – Przecież to ty zajmowałeś się swoją siostrzyczką.

„Marysia-Pięknisi!” – pomyślałem nagle i zacząłem okręcać się dookoła, aby ją odszukać.

– Tu jesteś… skarbie! – ostatnie słowo wypowiedziałem z ogromnym zdziwieniem na twarzy. Marysia stała bowiem w balii po kolana wypełnionej błotem. Cała była brudna. W tym momencie „Pięknisia” wcale, ale to wcale do niej nie pasowało. Mimo to wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie.

– Tlombal ziabłociony! – krzyczała radośnie – Tlombal ziabłociony!

Ja również zacząłem się śmiać. Takiego kawału, jak ona, jeszcze nikt nie zdołał mi wykręcić. Marysia-Błotnisia (bo tylko tak można było ją w tym momencie nazwać), okazała się sprytniejsza niż sam Suspersłoń we własnej osobie. Całego oblepiła mnie błotem, a ja nawet się nie zorientowałem, co się dzieje. „Szacun!” – pomyślałem i uśmiechnąłem się do niej radośnie.

***

Przed obiadem ja i Marysia musieliśmy się porządnie wykąpać. Potem czekało mnie mycie balii oraz pranie leżaka. Jednak było warto. Dwa dni później mama wywołała nasze zdjęcia z błotnej kąpieli. Kilka z nich zawisło na ścianie w przedpokoju. Teraz każdy, kto do nas przychodzi, od razu pyta o te zdjęcia i o to co się tam wydarzyło. A ja za każdym razem śmieję się opowiadając naszą historię.

Hej dzieciaki! Jeśli i wam kiedyś przydarzy się coś podobnego, pamiętajcie, że błotne kąpiele są bardzo zdrowe dla skóry. Jedyne co, nie bierzcie ich razem z komiksem w ręku. Raz, że taki komiks nie nadaje się potem do czytania, a dwa… do dzisiaj nie mogę się pozbyć tytułowej strony, która odbiła mi się na brzuchu.

 

Pozdrawiam,

Wasz ulubiony słoń – Trąbal-Bombal.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *