Realna rzeczywistość 2

Tydzień temu pisałem o swoim starszym synu, Kacprze. Dziś chciałbym opisać sytuację związaną z młodszym. Szymon w chwili obecnej ma cztery lata i z mojego punktu widzenia ma gorszy charakter od swojego starszego brata. Jest bardziej zawzięty, bardziej uparty i bardziej złośliwy. W dodatku psoci, patrząc człowiekowi w oczy jednocześnie śmiejąc się. Czasami nie wiem, czy ten uśmieszek traktować jako stwierdzenie „i tak nic mi nie zrobisz – czuję się bezkarny”, czy też jako oznakę jego wesołości i pogody ducha, którą często okazuje również przy innych okazjach.

Wraz z żoną wypracowaliśmy pewne metody wychowawcze, które działają w jego przypadku (choć są to zupełnie inne metody niż te, które zadziałały w przypadku Kacperka).

Ale do czego zmierzam? Otóż chciałbym podkreślić, że Szymon jest równie trudnym dzieckiem co jego starszy brat, a może nawet trudniejszym. Co nie oznacza, że nie można sobie z nim poradzić. Moim zdaniem, z każdym dzieckiem można sobie poradzić. Trzeba tylko wypracować odpowiednie metody.

Szymon poszedł do przedszkola mając dwa latka. Ponieważ był za mały aby dostać się do przedszkola państwowego, byliśmy zmuszeni posłać go do przedszkola prywatnego. Zaprowadzając i odbierając syna z tej placówki, niejednokrotnie przeżywałem szok. Otóż dzieci, w tych placówkach nazywają swoje panie „ciociami”, a „ciocie” chętnie przytulają swoich podopiecznych, traktując je z czułością niemal równej matczynej.

Największy szok przeżyłem, kiedy na dzień mamy odbywało się przedstawienie. Jedna z mam się spóźniała, a dziecko nie mogąc się doczekać jej przyjazdu, zaczęło płakać. Wtedy jedna z pań wzięła dziecko na ręce i zaczęła je pocieszać. W tym czasie pani dyrektor kilkakrotnie wydzwaniała do mamy chłopca, aby dowiedzieć się co się stało. Mama była już w drodze. Przedstawienie rozpoczęło się kwadrans po czasie, gdyż wszyscy zaczekaliśmy na przyjazd spóźnionej mamy. Jednak co jest ważniejsze – punktualne rozpoczęcie, czy radość na twarzy dziecka? W tym przedszkolu zawsze dziecko było najważniejsze.

Minął rok i podjęliśmy decyzję o przeniesieniu Szymona do przedszkola, które byłoby bliżej miejsca zamieszkania. W naszym mieście było właśnie w budowie nowe przedszkole, wiec mieliśmy nadzieję, że Szymon się do niego dostanie. Jednak przyszedł wrzesień, a przedszkole nie zostało wykończone. Znów stanęliśmy przed problemem znalezienia dla niego nowego prywatnego przedszkola. I po niedługim czasie znaleźliśmy. Była to zupełnie nowa placówka, wiec nie było nawet można zasięgnąć opinii na jej temat. Toteż na samym początku trochę się obawialiśmy, czy będzie to placówka równie dobra jak ta poprzednia.

Już pierwsze dni utwierdziły nas w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Szymon świetnie się zaaklimatyzował, polubił swoje „ciocie” i każdego dnia uczył się czegoś zupełnie nowego. Ilekroć odbierałem syna z przedszkola, Pani, prawie zawsze siedziała na podłodze z dziećmi i się z nimi bawiła. Czasem czytała książeczki otoczona maluchami, z reguły trzymając któregoś z nich na kolanach.

Pewnego razu Szymon zabrał do przedszkola papierową rybkę orgiami, zrobioną przez mamę. Kiedy „ciocia” zobaczyła, że Szymonek ma rybkę, powiedziała, że „rybka musi mieć akwarium i kilku towarzyszy”. Z kartonowego pudła zrobiła akwarium, powycinała roślinki, zrobiła kolejne rybki. A we wszystkim pomagały jej pozostałe dzieci. Jakież było nasze zdziwienie, gdy Szymon do domu wracał nie z rybką, ale z całym akwarium rybek.

Co było cechą wspólną dla obydwu tych przedszkoli, to to, że nigdy nie usłyszałem, że Szymon sprawiał kłopoty. A znając swoje dziecko, jestem pewien, że jakieś musiały się pojawić i to zapewne niejednokrotnie.

W listopadzie zostało oddane nowe państwowe przedszkole i Szymon się do niego dostał. Stanęliśmy przed dylematem, posłać go do państwowego przedszkola, nowego, pięknego budynku o nowoczesnej architekturze, ale jednak państwowego? Czy też zostawić go w dwukrotnie droższym, prywatnym przedszkolu, w którym panie zawsze są miłe i zawsze radzą sobie nawet z trudnymi dziećmi?

Jak sądzisz, jaka była nasza decyzja?

Być może jesteśmy uprzedzeni, po wydarzeniach, które miały miejsce w przypadku Kacperka, do placówek państwowych. A może po prostu dla „świętego spokoju”, zostawiliśmy dziecko w miejscu, gdzie wiemy, że jest ważniejsze niż wypicie kolejnej kawy, czy odwalenie kolejnego zadania i odhaczenie go w planie zadań.

Zastanawiam się skąd biorą się tak olbrzymie różnice w podejściu do dzieci. Zarówno tu jak i tam pracują takie same kobiety, często po tych samych szkołach, z takim samym doświadczeniem. Skąd więc biorą się różnice?

Oczywiście, zaraz usłyszę, że z różnicy w płacy. Możliwe. Ale… Po pierwsze różnica ta, jeśli istnieje, to nie może być kolosalna. Ponadto, każdy zatrudniając się w swoim miejscu pracy podejmuje decyzję, czy godzi się na proponowane wynagrodzenie, czy nie. Jeśli się zgodziłeś to pracuj za tyle za ile się zgodziłeś.

Po drugie. Osoba, wybierając się na pedagogikę, powinna odpowiedzieć sobie na pytanie, czy praca z dziećmi jest jej powołaniem, bo jeśli nie, to co tam właściwie robi? Po co robić coś do czego się nie ma predyspozycji. Po co się zmuszać do czegoś, co zamiast pomagać to szkodzi? I to szkodzi niczego winnym dzieciom.

Jedna z podstawowych różnic, jakie widać po wejściu do sal w obydwu placówkach jest taka, że w przedszkolu państwowym najważniejsze jest biurko, przy którym siedzi Pani, a w przedszkolu prywatnym, takiego biurka wcale niema, albo stoi w takim miejscu, ze go nie zauważyłem. Być może znajduje się w oddzielnym pomieszczeniu, gdzie panie wykonują „papierkową robotę”. Ale jeszcze nigdy nie zauważyłem, aby pani siedziała przy biurku w pomieszczeniu, gdzie znajdują się dzieci. Bo w sali tej, Pani powinna poświęcać czas wyłącznie swoim podopiecznym.

Pozdrawiam

Sławomir Żbikowski

PS. Ponownie zwracam się z prośbą o podzielenie się waszymi spostrzeżeniami, waszymi uwagami i komentarzami. Z góry dziękuję za każdą opinie w tej sprawie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *