Rodzinna fotografia

Cześć dzieciaki. Dzisiaj mój tato, Stanisław-Słonisław zrobił nam niespodziankę. Sami posłuchajcie, co z tego wynikło.

To byłoby zwyczajne niedzielne popołudnie, gdyby nie to, że tata zapowiedział nam niespodziankę, a mama zmusiła nas, abyśmy włożyli nasze najlepsze ubrania. Na każdym niemal kroku, mama przestrzegała nas, abyśmy się nie pobrudzili, a tata wciąż powtarzał, że lada chwila pojawi się zapowiadana „niespodzianka”. A to oznaczało, że nie mogliśmy wyjść z domu i spotkać się z przyjaciółmi.

– Czuję się jak w więzieniu! – oświadczyłem krzywiąc się pod trąbą. – Wolę spotkać się z Rysiem-Gumisiem, niż czekać na jakąś tam niespodziankę!

Mimo to rodzice nie dali się przekonać. Siedziałem wiec w domu i… pomagałem mamie przy Marysi.

Nasza niespodzianka najwyraźniej się spóźniała. Widać to było po minie mamy, oraz po tacie, który co chwila spoglądał na swój ręczny zegarek.

– Jak tak dalej pójdzie to Marysia się obudzi i będę musiała ją nakarmić! – oznajmiła w końcu mama, a tata pokiwał tylko głową. I rzeczywiście, chwilę później Marysia zaczęła się wiercić w kołysce, otworzyła jedno oczko, potem drugie, a moment później swoim płaczem oznajmiła nam, że jest głodna. Mama wzięła ją na ręce i poszła do sypialni, aby ją nakarmić.

I właśnie w tym momencie usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Tata poderwał się na nogi, ja i Irmina-Słonina również. Chciałem pobiec, aby otworzyć, ale moja siostra była szybsza. Otworzyła drzwi. W progu stał kolega taty, hipopotam Bystrooki, który był fotografem. Na ramieniu miał zawieszoną dużą torbę z aparatem fotograficznym. Podszedłem bliżej aby się przywitać. Tak naprawdę to chciałem zobaczyć ten aparat.

– Przepraszam za spóźnienie. – powiedział pan Bystrooki do taty. – Moi poprzedni klienci byli bardzo wymagający. Ich sesja zdjęciowa przedłużyła się o blisko godzinę. Mam nadzieję, że nie sprawiłem wam tym zbyt dużego kłopotu.

– Ależ skąd. – odpowiedział tata, nie wspominając o długich minutach wyczekiwania i ukrywając podenerwowanie z twarzy. – Cieszymy się, że jesteś. Żona właśnie karmi Marysię, wiec musimy na nie chwilę zaczekać. Może się czegoś napijesz?

– Z przyjemnością. – odpowiedział nasz gość.

Tata wyszedł więc do kuchni i zajął się przygotowywaniem kawy lub herbaty, a tymczasem pan Bystrooki położył swoją torbę na fotelu i zaczął ją otwierać. Na to właśnie czekałem. Byłem niezmiernie ciekawy, czy jego aparat jest lepszy niż ten, który ma tata. Zdecydowanie był lepszy. Sam obiektyw był większy niż cały nasz aparat. W dodatku miał elektroniczny wyświetlacz i jakieś kolorowe diodki i podświetlane przyciski. Był świetny.

– Mogę go obejrzeć? – zapytałem wskazując na aparat.

– Oczywiście, że tak. Jeśli chcesz, to możesz nawet zrobić jakieś zdjęcie. – i pan hipopotam podał mi aparat do ręki.

Urządzenie było dosyć ciężkie.

– Skieruj obiektyw na obiekt, który chcesz sfotografować. – pouczył mnie kolega taty. – A następnie wciśnij delikatnie przycisk. – kiedy to uczyniłem, obiektyw zaczął się sam obracać, aby dostroić ostrość. Kiedy ustawienia były najlepsze, na ekranie pojawiła się czerwona ramka.

– Teraz wciśnij przycisk do końca. – usłyszałem charakterystyczny dźwięk migawki i na ekranie pojawiło się gotowe zdjęcie, na którym Irmina-Słonina trąbą drapie się po… no wiecie, tej części, ciała, która zaczyna się tam gdzie kończą się plecy.

– To proste! – wykrzyknąłem podekscytowany. – Chyba mógłbym zostać w przyszłości fotografem jak pan.

– Świetnie! – odpowiedział nasz gość. – Kiedy dorośniesz, będę miał nie lada konkurenta.

Chwilę później z sypialni wyszła mama niosąc na ręku Marysię.

– A to musi być ten skarb, który się ostatnio urodził. – ucieszył się pan Bystrooki na widok naszego maleństwa.

– Dzień dobry! – mama przywitała się z naszym gościem pokazując mu Marysię z różnych stron.

– Rzeczywiście warto się pochwalić taką wspaniałą rodziną, Stasiu! – oznajmił klepiąc tatę po ramieniu.

– Też tak uważam! – odpowiedział mu dumny niczym paw, tata. – A teraz szybciutko ustawiamy się do fotografii rodzinnej. – tym razem tato skierował się do nas, oraz do mamy.

– Obawiam, się, że muszę się przebrać! – powiedziała nagle mama i wręczyła mi Marysię. Mała była najedzona i radosna. Podniosłem ją do góry i zakręciłem dookoła. Ona uwielbia gdy jej to robię. Tym razem również się roześmiała. Śmiała się wirując. Od czasu do czasu, aż piszczała z radości. Kiedy skończyłem kręcenie, Marysia czknęła i z buzi ulało jej się odrobinę mleka. Nie było tego dużo, ale ubrudziła mi całą bluzę. Oddałem Marysię tacie, a sam pobiegłem do swojego pokoju, żeby się przebrać. Nie chciałem, aby na zdjęciu widoczne były białe plamy na moim ubraniu. Zwłaszcza, że mama ciągle nam przypominała, abyśmy się nie ubrudzili.

Pięć minut później, wróciłem na dół w nowej koszulce. W tym czasie Irmina stała już gotowa do zdjęcia i lekko znudzona przedłużającym się wyczekiwaniem, mama jeszcze nie wróciła z sypialni, tato rozmawiał z kolegą, a Marysia w najlepsze rozcierała mleko na kołnierzu jego marynarki.

– Tato! – zacząłem nieśmiało. – Marysia… chyba jej się znowu ulało! – i pokazałem mu trąbą gdzie ma patrzeć.

– Jasny drut! – wykrzyknął tata i wręczając mi Marysię poszedł się przebrać.

Nie chciałem być po raz kolejny upaćkany mlekiem, więc trzymałem ją na wyciągniecie rąk, z dala od siebie. Jednak nasze maleństwo z każdym dniem przybiera na wadze i staje się coraz cięższe. Dlatego, już po chwili poczułem, że ręce mi mdleją i nie mam siły utrzymać jej ten sposób.

– Potrzymaj ją trochę! – powiedziałem do Irminy-Słoniny wręczając jej siostrzyczkę. – Zaraz ją wezmę z powrotem, tylko trochę odsapnę.

Kiedy ją jednak zabierałem Irmina-Słonina, również musiała iść się przebrać.

– Ale dzisiaj rozrabiasz! – powiedziałem patrząc Marysi w oczy. – Gorszego momentu na brudzenie każdego po kolei, nie mogłaś sobie wybrać. – Moja siostra patrzyła na mnie, jednak nic sobie z moich pouczeń nie robiła. Miało to wszystko „w trąbie”.

W tym momencie do salonu wróciła mama.

– A gdzie tata i Irmina? – zapytała zdziwiona. – Myślałam, że czekacie już tylko na mnie.

– I czekaliśmy, ale Marysia, zarzygała wszystkich po kolei i musieliśmy się przebierać!

– Naprawdę? – zdziwiła się mama. Wzięła ode mnie maleństwo i przytuliła je mocno do siebie. – Narobiłaś nam sporo zamieszania, królewno! – powiedziała do małej, klepiąc ją po pleckach.

Za chwilę pojawił się tata, a wraz z nim Irmina. Wszyscy zaczęliśmy ustawiać się do zdjęcia, według wskazówek pana hipopotama. Mama przez cały czas trzymała Marysię na rękach i poklepywała ją w plecki.

Kiedy byliśmy już gotowi, pan Bystrooki, dał nam znać, że za moment zrobi zdjęcie. Znów usłyszałem dźwięk migawki i było po wszystkim. Rozluźniłem się lekko i chciałem pędzić na dwór do Rysia-Gumisia. Jednak pan hipopotam spoglądał na obraz na wyświetlaczu i kiwał głową. Nie wyglądał na zadowolonego.

– Spróbujemy jeszcze raz! – powiedział. – Tylko, że tym razem, wszyscy macie patrzeć w moja stronę i… to bardzo ważne, wszyscy macie się uśmiechnąć! To ma być zdjęcie zadowolonej rodziny, a nie skazańców idących na rozstrzelanie!

Ponownie ustawiliśmy się do zdjęcia. Mama z Marysią stanęła w środku, wciąż poklepując ją po pleckach. Tata obejmował ją ramieniem, a trąbą gładził maleństwo po główce. Ja stanąłem obok mamy, a Irmina-Słonina z drugiej strony, przytulając się lekko do taty. Wyglądało to całkiem nieźle, chociaż nasz gość nadal nie był zadowolony.

– Więcej uśmiechu! – powtarzał bez przerwy. – Więcej uśmiechu!

W pewnym momencie, mama po raz kolejny klepnęła Marysię w plecki, a jej odbiło się tak głośno, że aż echo zadzwoniło w całym pokoju. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem.

– O to właśnie chodziło! – wykrzyknął pan Bystrooki i pstryknął ze siedem fotek po kolei.

Rodzinna fotografia wyszła rewelacyjnie. Wszyscy radośni, uśmiechnięci, tylko Marysia nie bardzo wiedziała co się dookoła niej dzieje. Patrząc na to zdjęcie, można śmiało powiedzieć, że jesteśmy wzorem idealnej, kochającej się rodziny. Już nie mogę się doczekać, kiedy wywołana odbitka, zostanie oprawiona w ozdobną ramkę i zawieszona nad kominkiem. To będzie najlepsza wizytówka naszej rodziny. Bo chociaż nie zawsze się potrafimy zgodzić, czasem nawet się kłócimy, ale mimo to stanowimy rodzinę i zawsze będziemy się kochali.

Wam również życzę, abyście się wzajemnie kochali i byli dla siebie mili. No i pamiętajcie o uśmiechach. One są bardzo ważne. A jeśli brakuje wam powodów do śmiechu to… zresztą sami coś wymyślcie. Ruszcie tylko swoimi główkami. Udowodnijcie, że macie tam jakieś szare komórki, a nie tylko trociny.

Żegnam was bardzo serdecznie. Do usłyszenia wkrótce.

Pozdrawiam,

Słoń Trąbal-Bombal Baloniasty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *